FILM Ucieczka w milczenie

Dzisiaj wyjątkowo postanowiłam dodać recenzję filmu, który ostatnio obejrzałam. Mowa tutaj o filmie - dramacie, który nosi tytuł "Speak".Główną rolę odgrywa w nim Kristen Stewart. Od razu powiem, że lubię tę aktorkę, ale wiem też, że są osoby które za nią nie przepadają więc proszę nie zrażać się od razu do tego filmu, bo według mnie jest on naprawdę wart obejrzenia.

Może najpierw opis (Filmweb.pl):
Film opowiada o 13-letniej Melindzie Sordino (Kristen Stewart) dziewczynie w depresji, która stara się znaleźć sposób na poradzenie sobie z otaczającą ją rzeczywistością oraz wspomnieniami traumatycznych wydarzeń z przeszłości. Jej decyzja, aby nie dzielić się z nikim swoimi przeżyciami oraz zdusić w sobie wspomnienia spowodowała, że z popularnej i zdolnej dziewczyny... zmieniła się w osobę nieakceptowaną przez swoje środowisko. Narastające problemy z nauką tylko pogorszyły sytuację. Okazuje się, że jej ostatnim ratunkiem jest młody i ambitny nauczyciel, który dostrzega w niej ukryty potencjał.

Jak dla mnie był on naprawdę dobry. W pełni pokazał uczucia głównej bohaterki i szarą, smutną rzeczywistość osób odrzuconych przez grupę.Ostatnio pisałam długie wypracowanie na temat mechanizmu działania grupy – to jest naprawdę okropne. Środowisko odrzuca osobę, bo okazuje się, że jest ona od nich inna, lub czymś się wyróżnia. Nie ważne jest to co ta osoba w głębi duszy czuje, nikt jej nie rozumie ponieważ nie potrafi ona nikomu się z tego zwierzyć.
Na mnie ten film wywarł spore wrażenie. Tragedia Melindy jest bardzo dobrze pokazana. Czasami odcięcie się od innych zdaje się być najlepszym rozwiązaniem.

A co do Kristen Stewart to moim zdaniem spisała się na medal, w tym filmie na własne oczy można przekonać się, że potrafi ona grać. Podczas całego filmu nie wiele mówi przez co jej rola była o wiele trudniejsza, bo musiała grać sobą, pokazać uczucia i emocje.
 

Film jest adaptacją powieści Laurie Halse Anderson o tym samym tytule.

Nowe przygody Mikołajka - René Goscinny, Jean-Jacques Sempé

Tytuł oryginalny: Histoires inédites du petit Nicolas
Wydawnictwo: Znak
Ilość stron: 638

Dla wielu kultowa książka. Zaczytują się w niej i dzieci, i młodzież a nawet dorośli, którzy chcą przenieść się w czas beztroskiego dzieciństwa. Opowiada ona o przygodach małego nicponia, który choć stara się być grzeczny i tak ciągle rozrabia, imieniem Mikołajek.  Ma paczkę przyjaciół, z których każdy jest inny. Razem wymyślają różne często nieźle zwariowane pomysły na zabawę. 

Kupiłam sobie tę książkę w grudniu 2009 (zauważyłam, że właśnie najczęściej w okresie przedświątecznym na wystawach pojawia się Mikołajek), ponieważ miałam ochotę na lekką, zabawną książkę. Nie zawiodłam się. Książka jest gruba, ale ma dużą czcionkę i obrazki, więc czyta się ją bardzo szybko. Poza tym uważam, że jest bardzo ładnie wydana. Rysunki autorstwa Jeana-Jacques’a Sempego to prawdziwe mistrzostwo. W pełni oddają charakter tych osiemdziesięciu śmiesznych i krótkich opowiastek. Zdecydowanie dodają im uroku. Każdy rozdział to zupełnie inna historyjka.

Opis z okładki:
W gronie przyjaciół Mikołajka zawsze jest wesoło. Alcest ciągle je, Gotfryd daje kolegom swoje zabawki, żeby je do końca popsuli, a Euzebiusz lubi się bić,ale tylko z przyjaciółmi bo jest bardzo nieśmiały.
Niby książka przeznaczeniem skierowana jest bardziej do dzieci i po części do młodzieży, ale naprawdę każdy znajdzie w niej coś dla siebie. Tym bardziej jeżeli szuka lekkiej, zabawnej książki. Tom 2 zaplanowałam sobie przeczytać również przed gwiazdką tyle że 2010 roku. Ale kiedy faktycznie przeczytam nie wiadomo, lecz jedno jest pewne: przeczytam na pewno. Pod koniec zeszłego roku w kinach ukazał się film „Mikołajek”. Nie oglądałam, bo nie miałam okazji, ale z przyjemnością obejrzę jak tylko będę mogła. Jakiś czas temu było głośno, bo ukazała się nowa książka z przygodami Mikołajka „Nieznane przygody Mikołajka”, ilustracje są w niej kolorowe (zawsze wcześniej były czarno białe), i wydana jest na takim śliskim i twardszym papierze, a czcionka jest w niej jeszcze większa!

"No bo co w końcu, kurczę blade" (ulubione powiedzonko Mikołajka)


Tajemnica Rajskiego Wzgórza - Elizabeth Goudge

Tytuł oryginalny: The Little White Horse
Rok wydania oryginału:
1946
Wydawnictwo: Świat Książki
Liczba stron:
224

Usłyszałam o tej książce po tym jak rok temu pojawiła się w kinach jej ekranizacja. Specjalnie mnie ona wtedy nie zachęciła do przeczytania. Jednak jedynym co mnie do niej ciągnęło było to, że wszędzie pisało iż jest to „ulubiona lektura autorki "Harry'ego Pottera"”. Przeczytałam ją dopiero jakiś miesiąc temu gdy wpadła mi w ręce podczas wizyty w bibliotece. Wzięłam z ciekawości. Przypuszczam, że gdyby nie to, że rzekomo jest to ulubiona powieść J.K. Rowling (swoją drogą ciekawe czy to prawda czy tylko taki chwyt reklamowy?) pewnie nigdy bym jej nie przeczytała i powiem szczerze nie miałabym czego żałować. Od razu powiem, że filmu nie oglądałam więc nie mogę porównać czy jest lepszy od książki.

Jej opis jest taki:
Powieść dla dzieci, pełna niezwykłych zdarzeń, ciepła i magiczna - ulubiona lektura autorki "Harry'ego Pottera"! Historia osieroconej trzynastolatki Marii, która opuszcza swój dom w Londynie, by zamieszkać z ekscentrycznym stryjem, sir Benjaminem, w tajemniczym dworze. Dziewczynka niebawem odkrywa, że jest ostatnią Księżycową Księżniczką i musi poznać tajemnicę sprzed pięciu tysięcy lat, by ocalić siebie i swoja rodzinę...

Zaczyna się w momencie gdy Marynia jedzie ze swoją opiekunką i psem do dworu stryja. Nic mnie w tym początku nie zaciekawiło, ale mówiłam sobie, że może jeszcze zacznie się coś dziać. Niekoniecznie tak się stało. Chociaż potem było już może trochę ciekawiej, bo sama historia w sumie nie jest zła. Z tym, że najgorsze było zachowanie głównej bohaterki. Mam na myśli to, że ciągle czymś się zachwycała, komentarze typu: ach, jaki ja mam piękny ten pokój, a sir Benjamin jest taki wspaniały, ale to jedzenie jest pyszne, jaki piękny ten ogród; przewijały się przez całą książkę. Ciągle zastanawiała się również czy jeszcze kiedyś zobaczy tego białego konika. A z tego wynikało, że gdyby miała go już nigdy nie ujrzeć byłaby to dla niej tragedia większa od straty rodziców. Najlepszą postacią według mnie był Robin. 
Podsumowując wszystko to było dla mnie jakieś takie mdłe. A może po prostu zbyto dziecinne?  W każdym razie jakoś dobrnęłam do końca, bo nie lubię zaczynać i nie kończyć książki (a już byłam tego bliska).
Żeby było jasne nie mówię, że jest zupełnie zła. Każdy ma prawo do własnego zdania, więc komuś innemu może się spodobać, chociaż mnie akurat do gustu nie przypadła. Ciekawi mnie  jak wypadł film. Czy jest lepszy od książki? Mimo wszystko jak już wspomniałam ta historia nawet w najmniejszym stopniu mnie nie porwała więc tak czy inaczej specjalnie nie zamierzam go oglądać, ale jeżeli kiedyś będę miała akurat taką okazję to być może obejrzę.

Marley i ja - John Grogan

Tytuł oryginału: Marley & Me 
Wydawnictwo: Pierwsze
Ilość stron:
344 

Pamiętam, że gdy tylko usłyszałam o filmie pt. "Marley i ja", nie mogłam doczekać się kiedy wreszcie go obejrzę. Na dokładkę pojawiali się tam jedni z moich ulubionych aktorów. Ponieważ jeszcze o tym nie wspominałam, dodam, że uwielbiam psy (mam psa rasy Cocker Spaniel). Więc gdy w końcu wiosną zeszłego roku pojawił się w Polskich kinach, czym prędzej się na niego wybrałam. Totalnie mnie oczarował! Niesamowicie śmieszny, ale największe wrażenie emocjonalne wywarło na mnie zakończenie. Przechodząc do właściwego tematu, bo nie o filmie tu mowa tylko o książce.

Oczywiście musiałam potem zabrać się za powieść pod tym samym tytułem. Powiem tak: według mnie różniła się od filmu. Chodzi tu o sposób jej napisania, który mnie się spodobał. Cała historia opowiedziana jest ze strony Johna Grogana. Obserwujemy wydarzenia z jego życia od momentu przygarnięcia do siebie psa Labradora Marleya, który jest strasznie rozbrykany i wszystko niszczy wszystko co spotka na swej drodze, do czasu gdy ten sam pies jest już w sędziwym wieku, nadal wesoły ale już nie tak energiczny jest nadal wierny swojej rodzinie, dobiega do końca swych dni. 

Obserwujemy jak pojawienie się psa zmieniło życie Johna i jego żony. Psa, który jest wyjątkowy pod wszelkimi względami, mimo wszystkich swoich niecnych uczynków (poczynając od zjedzenia złotego łańcuszka przez niszczenie ogródka po demolowanie domu podczas burzy) jest przede wszystkim wierny i oddany. Pokazuje swoim właścicielom co tak naprawdę liczy się w życiu. Potem pojawiają się małe dzieci, w których obliczu zmienia się nie do poznania, staje się dla nich dużym spokojnym przyjacielem, którego mogą ciągnąć za uszy, kłaść się na nim a on im na to wszystko pozwala, co więcej jest to dla niego przyjemnością. 

Cudowny pies i cudowna historia. Smutna, ale jak dla mnie piękna i przede wszystkim w stu procentach prawdziwa. Można się przy niej śmiać i płakać. Dzięki niej każdy kto posiada psa pokocha go jeszcze bardziej. Skłania również do zastanowienia się nad tym, że nasz ukochany przyjaciel nie będzie żył wiecznie. To sprawia, że uczymy się bardziej doceniać czas spędzany razem.
Polecam każdemu.

Złodziej Pioruna - Rick Riordan

Tytuł oryginału: The Lightning Thief 
Seria: Percy Jackson i bogowie olimpijscy
Tom: 1
Wydawnictwo: Galeria Książki
Stron: 360

Już jakiś czas temu w naszych kinach gościł film "Percy Jackson i Bogowie Olimpijscy: Złodziej Pioruna". I jak to często bywa w moim przypadku, pojawienie się ekranizacji pchnęło mnie do przeczytania książkowego pierwowzoru. Zaczęło się od tego, że dwa razy z rzędu gdy byłam w kinie przed rozpoczęciem seansu pojawił się zwiastun właśnie tego filmu. Pomyślałam: może być ciekawe. 
Będąc potem w księgarni natknęłam się na nią i przeczytałam pierwszą stronę. Pomijając ogólnie cały pomysł, który wydał mi się dobry, najbardziej do zakupu przekonał mnie właśnie ten początek. A wygląda on mniej więcej tak: 

"Wiecie co, wcale nie chciałem być herosem półkrwi. Nie prosiłem się o to, żeby być synem greckiego boga. Byłem zwyczajnym dzieckiem: chodzącym do szkoły, grającym w koszykówkę i jeżdżącym na rowerze. Nic szczególnego. Dopóki przez przypadek nie wyparowałem nauczycielki matmy. Wtedy się zaczęło. Teraz zajmuję się walką na miecze, pokonywaniem potworów, w czym pomagają mi przyjaciele, a poza tym staram się po prostu przeżyć. Przedstawiam wam opowieść o tym, jak Zeus, bóg niebios, uznał, że ukradłem mu piorun - a rozgniewany Zeus to naprawdę spory problem."

Przepowiednia... tajemnica... walka... Czyli kilka z tych rzeczy, które w powieściach fantastycznych się znajdują. Czyta się ją bardzo szybko i lekko. Jej akcja jest wartka, więc nie można się nudzić. Można się przy niej w niektórych momentach naprawdę nieźle pośmiać. Przeczytałam również 2 kolejne części, które obecnie dostępne są w Polsce, czyli: "Morze Potworów" oraz "Klątwa Tytana". Chociaż właściwie jeżeli miałabym wybrać najlepszą to właśnie ta 1 część najbardziej mi się podobała. Sama nie wiem dlaczego. Może po prostu dlatego, że było w niej wszystko nowe. Muszę dodać, że podoba mi się cały ten pomysł z bogami olimpijskimi, którzy mieszkają na szczycie Empire State Building. Postać głównego bohatera również jest okey, nie mam do niego zastrzeżeń. Ot zwyczajny chłopak, który niby ma ADHD, ale potem okazuje się, że wszyscy półbogowie je "mają" ze względu na swoją wieczną gotowość do walki.

Tylko nie mogę oprzeć się wrażeniu podobieństwa do Harrego Pottera (którego ubóstwiam).
Najbardziej uderzającym podobieństwem (jak dla mnie) jest to, że Percy tak samo jak Harry ma dwóch przyjaciół: chłopca i dziewczynę, która w obu przypadkach jest bardzo inteligentna i odrobinę przemądrzała. A poza tym okazuje się że Percy również jest swego rodzaju "wybrańcem". Pomimo tego Percy to postać, która razem ze swoimi przyjaciółmi ma wiele ciekawych przygód bardzo różniących się od tych z Harrego Pottera jak m.in. spotkanie z Meduzą i Eryniami. Więc z jednej strony podobieństwa są, z drugiej ich nie ma.
Każdy ma w  tej sprawie własne zdanie. W internecie jest wiele sporów na temat tych podobieństw.

Książkę warto przeczytać chociażby po to żeby mile spędzić czas przy lekkiej, niezobowiązującej lekturze.
Następne części spodobały mi się trochę mniej, ale i tak pochłonęłam je bardzo szybko. Po następne pewnie też sięgnę. 4 część ma nosić tytuł: "Bitwa w Labiryncie". 

Tylko ciebie chcę - Federico Moccia

Tytuł oryginału: Ho vogila di te
Wydawnictwo: Muza
Stron: 480

Pierwszą książką do której napisałam recenzję na tym blogu było "Trzy metry nad niebem". Byłam wręcz zachwycona tamtą książką więc oczywiście wprost nie mogłam nie sięgnąć po jej drugą część.

UWAGA! Jeżeli jeszcze nie przeczytaliście a macie w planach przeczytanie "Trzy metry nad niebem" to odradzam czytanie tej recenzji. Mogę w niej wspomnieć o wielu rzeczach, które wpłyną na wasze podejście do pierwszej części a i z samego opisu łatwo można wywnioskować jak kończy się ta pierwsza , to z kolei już mogłoby całkiem zepsuć wrażenia podczas czytania "Trzech metrów nad niebem".

Opis:
Po dwóch latach spędzonych w Nowym Jorku Step wraca do Rzymu. Wiele się tu zmieniło. Chłopak zaczyna pracę w telewizji, poznaje nowych ludzi, wśród nich żywiołową Gin. Przeszłość nie daje mu spokoju, ale teraźniejszość nie zostawia zbyt wiele czasu na jej rozpamiętywanie. Czy warto dążyć do wskrzeszenia dawnej miłości? 

Po przeczytaniu "Trzech metrów nad niebem" w moich myślach pozostało wiele pytań. Tak więc w "Tylko ciebie chcę" spodziewałam się znaleźć na nie odpowiedzi. [Nie chcę zdradzać zbyt wielu szczegółów dotyczących fabuły ale w tym miejscu po prostu nie potrafię się powstrzymać] Jakże bardzo się rozczarowałam.
Być może gdyby nie moje podejście do tej książki, przyjęłabym ją zupełnie inaczej. Czytając ciągle czekałam na przełom: na pojawienie się na drodze Stepa, Babi; ich powrót do siebie. Lecz autor podarował nam całkiem inną historię niż oczekiwałam. Dopiero po przeczytaniu około 2/3 zorientowałam się, że nici z moich oczekiwań. Przez większość książki jesteśmy świadkami rozkwitającej miłości między Stepem a Gin, chociaż on cały czas nie może zapomnieć o Babi. Z początku byłam nastawiona z niechęcią do Gin biorąc pod uwagę to jak bardzo chciałam żeby na jej miejscu była z powrotem Babi, która praktycznie rzecz biorąc, w całej książce pojawia się zaledwie (o ile dobrze policzyłam) z 3, 4 razy. 


Jeżeli chodzi o samą książkę, to jest ona w podobnym stylu co "Trzy...", czyta się ją równie dobrze. Gin również jest ciekawą postacią i gdyby nie Babi w pierwszej części na pewno tak samo bym ją polubiła, jednak mimo wszystko tak czy inaczej z upływem stron zaczęłam się do niej przyzwyczajać.
 

Odnośnie zakończenia, które mimo wszystko wywarło na mnie największe wrażenie, bo pojawiła się Babi lecz zdziwiło mnie to jak bardzo chciałam żeby jej tam nie było w tym momencie; oraz to co okazało się w sprawie Gin. Ogólnie zdenerwowało mnie to, że Babi przedstawiono w takim świetle, że gdy wcześniej była ciekawą i bardzo pozytywną osobą, tutaj stała się inna, zarozumiała, a nawet troszeczkę zgryźliwa - a mnie się nie spodobało.

Mimo wszystko książkę warto przeczytać, bo jest ona stylem bardzo podobna do tamtej. Również jest żywiołowa i ma w sobie to coś. Jednak ja w moim mniemaniu trochę staram się odgrodzić tą książkę od poprzedniej i traktować je tak jako dwie różne powieści, żeby nie zacierać wrażeń po tej pierwszej, która była i jest dla mnie cudowna.

Przeczytanie książki "Tylko ciebie chcę" można uznać jako doskonały dowód na to jak podejście do książki może zmienić odczucia podczas czytania.  

Mam nadzieję, że po przeczytaniu tej długiej i trochę zawiłej recenzji zrozumiecie to co chciałam przekazać i nie zniechęcicie się do niej, bo tego zdecydowanie nie chciałabym.

Copyright © 2014 sekrety książek , Blogger