poniedziałek, 21 września 2015

Ten jeden rok - Gayle Forman

Tak jak się spodziewałam, ciekawość zwyciężyła i mimo mieszanych uczuć po lekturze „Ten jeden dzień”, zdecydowałam się sięgnąć po kontynuację. Całe szczęście, że tak się stało, bo „Ten jeden rok” zaskoczyło mnie bardzo pozytywnie. 

Tym razem historię poznajemy z punktu widzenia Willema. Dowiadujemy się jak potoczyły się jego losy po tym jak pozornie porzucił Allyson w Paryżu. A co najważniejsze dowiadujemy się więcej o nim samym, o jego życiu, przeszłości  i motywach, które nim kierują. 

Już po przeczytaniu kilku stron, poczułam, że ta książka różni się od poprzedniej i tym samym bardziej trafia w mój gust. Prawdopodobnie największe znaczenie ma tutaj osoba narratora. Chyba nie szczególnie polubiłyśmy się z Allyson. Historia opowiedziana przez nią nie miała w sobie czegoś wyjątkowego, brakowało mi tam głębi. Nie potrafiłam wczuć się w jej sytuację. Jej problemy wydawały mi się błahe. Jej przeżycia do mnie nie przemawiały. Za to już od początku dużo ciekawszym bohaterem był dla mnie tajemniczy Willem. Nic więc dziwnego, że cieszyła mnie jego obecność wypełniająca każdą stronę „Tego jednego roku”. Jego osobowość była o pełniejsza i ciekawsza. Wiele przeszedł w życiu, a jego emocje nie budziły we mnie wątpliwości. On sprawił, że inaczej spojrzałam na całą tę historię i dopiero teraz tak naprawdę dostrzegłam jej urok. Nawet sama Allyson, wydała mi się ciekawszą postacią z jego punktu widzenia.  Jeśli właśnie takie było główne założenie autorki; jeśli poprzez podzielenie tej historii na części w taki, a nie inny sposób, chciała w pełni przedstawić jej złożoność - jestem pod wrażeniem. W miarę upływu stron bowiem, dowiadujemy się coraz to nowych szczegółów i detali, które rzucają inne światło na wydarzenia tego szczególnego dnia w Paryżu. 

Podczas lektury „Tego jednego roku” uderzyło mnie to, w jak oczywisty sposób historia głównych bohaterów pokazuje, że nic nie jest czarne albo białe. Bardzo często zbyt szybko osądzamy innych i wyciągamy pochopne wnioski. Nie wiedząc wszystkiego, dopowiadamy sobie różne rzeczy. Jakby tego było mało, życie lubi płatać nam figle. Rzuca nam pod nogi przeszkody, wprowadzając zamęt. Historia Allyson i Willema pełna jest rozmaitych przeciwności losu, zbiegów okoliczności i niefortunnych wydarzeń. Okazuje się, że choć bohaterów oddziela od siebie ocean i choć obydwoje z różnych powodów są przekonani, że to drugie może w ogóle nie chcieć ich znać - szukają się nawzajem. Choć znają się zaledwie jeden dzień i choć ich uczucia na pozór wydają się niedorzeczne, nie potrafią o sobie zapomnieć. 

 Czasem nie wiemy, że czegoś chcemy, póki to coś nie zniknie. Czasem wydaje nam się, że czegoś chcemy, nie rozumiejąc, że już to mamy.

„Ten jeden rok” jest dla mnie niezaprzeczalnie lepszą książką, niż „Ten jeden dzień”, mimo iż pozornie opowiada tę samą historię. To w pierwszej części został w pełni przedstawiony dzień, który połączył dwójkę głównych bohaterów, jednak wydaje mi się, że nic bym na tym nie straciła, gdybym pominęła jej lekturę i od razu przeszła do drugiej części. Autorka w umiejętny sposób przypomina najważniejsze szczegóły, dodając nowe, przez co tym razem nareszcie wszystko tworzy zgrabną całość. Może się mylę, bo trudno wymazać z pamięci szczegóły, których dowiedziałam się podczas lektury „Tego jednego dnia”, ale myślę, że przeczytanie tylko drugiej części mogłoby być nawet ciekawsze. Przynajmniej nie dziwiłaby mnie wtedy fascynacja Willema osobą Allyson, której w „swojej” części nie udało się przekonać mnie o tej swojej rzekomej wyjątkowości. Nie mam pojęcia gdzie podziała się moja kobieca solidarność! :D

Myślę, że nawet te osoby, które poprzednio czuły się niespecjalnie przekonane, mogą zastanowić się nad sięgnięciem po „Ten jeden rok”. Oczywiście, nie jest to żadne arcydzieło, ale z pewnością dobra książka, którą przyjemnie się czyta. A historia w niej zawarta pełna jest niuansów, które tylko zachęcają do dalszego czytania. Ja w końcu czuję się usatysfakcjonowana opowieścią, która od początku zdawała się posiadać potencjał, jednak wcześniej nie spełniła moich oczekiwań. Jak dla mnie "Ten jeden rok" jest powieścią dojrzalszą i być może właśnie dlatego tym razem dostrzegłam w niej to, czego brakowało mi poprzednio. Dopiero teraz urzekło mnie przypadkowe spotkanie głównych bohaterów. Dopiero teraz im go pozazdrościłam ;)

Nie da się czegoś znaleźć, kiedy się tego szuka. Znajdujemy rzeczy, kiedy się za nimi nie rozglądamy.

sobota, 19 września 2015

"Fragile" pismo kulturalne

Dzisiaj wyjątkowo mam Wam do zaprezentowania nie książkę, a czasopismo. „Fragile” to niekomercyjne pismo kulturalne, którego najnowszy numer poświęcony jest kwestii warsztatu. Autorzy tekstów zastanawiają się nad jego rolą w procesie twórczym, próbują m.in. odpowiedzieć na pytanie co jest ważniejsze; warsztat czy pomysł i kreatywność.


Pismo dotyka każdego z aspektów kultury - muzyki, filmu, sztuki, literatury i teatru, dlatego każdy miłośnik kultury z pewnością znajdzie tutaj coś dla siebie. 

Na plus zasługuje także oprawa graficzna, która choć prosta i minimalistyczna, przykuwa uwagę, a zamieszczone zdjęcia i ilustracje są świetnym uzupełnieniem treści. Całość prezentuje się naprawdę profesjonalnie.


Jeśli szukacie jakiegoś oryginalnego i świeżego pisma, może powinniście sięgnąć właśnie po „Fragile” ;)

środa, 15 lipca 2015

Ten jeden dzień - Gayle Forman

Lubię myśleć, że drobne zdarzenia mają wpływ na nasze życie. Podoba mi się wizja, że nawet pozornie nic nieznaczące decyzje mają znaczenie. Właśnie takim drobiazgiem jest chwila. Kilka sekund, kilka minut, nawet godzina -mija zanim zdążymy się obejrzeć. Mimo to, jeśli się nad tym dłużej zastanowić, większość rzeczy, które zmieniają nasze życie trwają zaledwie kilka chwil. One po prostu pojawiają się, a my najczęściej nie wiedząc jak bardzo ważny jest dla nas dany moment, dopiero później zdajemy sobie z tego sprawę, gdy musimy zmierzyć się z jego konsekwencjami, dobrymi bądź złymi. Skoro tak, aż strach pomyśleć ile może się wydarzyć w ciągu jednego dnia. Właśnie taki wyjątkowy dzień przytrafia się bohaterce najnowszej powieści Gayle Forman. Rodzice Alison i jej przyjaciółki Melanie na zakończenie szkoły fundują im wycieczkę objazdową po Europie. Są przekonani, że zapewniają im w ten sposób przygodę, którą dziewczyny zapamiętają do końca życia. Wyjazd upływa jednak bez większych rewelacji i Allyson właściwie zaczyna odliczać dni do powrotu. Gdy już nic nie wróży zmian, na drodze Allyson pojawia się intrygujący Holender. To przypadkowe spotkanie bardzo namiesza w jej życiu, a w szczególności spontaniczna decyzja o wyjeździe z owym nieznajomym do Paryża. 

„Ten jeden dzień” było moim pierwszym spotkaniem z Gayle Forman. Wiele słyszałam o „Zostań, jeśli kochasz”, lecz oglądałam tylko film, który powstał na podstawie tej książki. Od razu gdy przeczytałam opis jej najnowszej książki, pomyślałam, że to może być świetna okazja, żeby się z twórczością tej Pani zapoznać. Spodobało mi się nawiązanie do Szekspira i to, że akcja toczy się w Paryżu. A fakt, że tytuł jednoznacznie skojarzył mi się z „Jednym dniem” Davida Nicholsa, zdecydowanie podbiło stawkę i przeważyło w decyzji o lekturze. Czy to skojarzenie okazało się słuszne? Niekoniecznie. Mimo to autorka opowiedziała tutaj całkiem sympatyczną historię.
Moim zdaniem, jednym z głównych atutów tej powieści są jej bohaterowie.  Czytając, czułam, że mam wiele wspólnego z Allyson, rozumiałam ją i z własnego doświadczenia znałam niektóre z myśli, które nie dawały jej spokoju. To sprawiło, że chętniej śledziłam jej poczynania. Z kolei jeśli chodzi o Willema, autorka wykonała naprawdę dobrą robotę, bo chociaż przez większą część książki pojawia się on tylko we wzmiankach, nie odczułam żadnego niedosytu w związku z tą postacią. Mimo, że poznałam go za sprawą zaledwie jednego dnia, który spędził z Allyson i choć podobnie jak główna bohaterka niewiele o nim wiedziałam, odniosłam wrażenie, że poznałam go bardziej, niż niektórych książkowych bohaterów w ciągu całej książki. Autorka wykreowała także cały szereg różnorodnych postaci, które miały na Allyson mniejszy, lub większy wpływ. Nie można im jednak odmówić tego, że każda z nich była bardzo charakterystyczna. 

„Ten jeden dzień” to książka wprost idealna na wakacje. Czyta się lekko i wzbudza ciekawość. W dodatku nie jest to kolejne zwyczajne romansidło dla nastolatek. Wyróżnia ją to, że autorka ewidentnie miała na nią sprecyzowany pomysł i umiejętnie wplotła w nią wiele ważnych, wartych zastanowienia kwestii. Jej książka nie jest oczywista. Pokazuje, że na niektóre rzeczy trzeba spojrzeć z wielu stron, żeby móc powiedzieć, że się je naprawdę rozumie. Spodobało mi się także to, że zachęca do zastanowienia się nad swoimi wyborami i pokazuje, że tak naprawdę szczęście zależy od nas samych, a często to właśnie my, podobnie jak Allyson ograniczamy się w jego zdobywaniu. 

Mimo tego wszystkiego co napisałam, muszę przyznać, że nie jestem w pełni usatysfakcjonowana z lektury. Wydaje mi się, że kilka lat temu byłabym nią zauroczona, lecz teraz przeczytałam ją właściwie z automatu, bez większych emocji. Chyba wygląda na to, że wyrosłam już z tego typu historii, nawet jeśli są one bardzo dobre i zaczynam oczekiwać trochę innych wrażeń od książek. Jednakże nie wykluczam, że sięgnę po kontynuację - coś czuję, że ciekawość  jak potoczą się losy bohaterów może wziąć górę ;) 

Czy na Waszej liście wakacyjnych lektur znajduje się „Ten jeden dzień”? A może macie już tę książkę za sobą? Jestem ciekawa Waszych opinii ;)

wtorek, 7 lipca 2015

Najdłuższa podróż - Nicholas Sparks | Moja opinia o twórczości Sparksa

Za każdym razem, gdy zabieram się za książkę Nicholasa Sparksa, zastanawiam się jak ten facet to robi. Napisał już tyle książek, a ciągle ma pomysły na kolejne. Opisane przez niego historie to niemalże gotowe scenariusze filmowe. W dodatku pisze z większym wyczuciem i empatią, niż niejedna pisarka. A bohaterowie jego powieści są tak autentyczni i niepowtarzalni, że czytając można odnieść wrażenie jak gdyby takie osoby naprawdę kiedyś, gdzieś istniały. Możliwe, że w tym momencie wdaliby się ze mną w dyskusję przeciwnicy prozy Sparksa, zarzucając jego powieściom schematyczność. Ale wiecie co? Ja się z tym nie zgadzam. Według mnie, niezaprzeczalnie posiada on swój własny styl, który sprawia, że przeczytawszy kilka stron jestem pewna, że czytam właśnie Jego książkę. Lubię to w Jego twórczości - biorąc do ręki kolejną książkę, wiem, że mi się spodoba. Oczywiście, niektóre historie bardziej do mnie przemawiają i głębiej zapadają w pamięć, ale wszystkie te książki czyta się po prostu bardzo, bardzo dobrze.  Nie ulega wątpliwości, że jego twórczości trzeba spróbować, żeby móc się do niej ustosunkować. Jeżeli pierwsze spotkanie nie będzie udane, nie wydaje mi się, żeby kolejne książki miały większą szansę to zmienić. Z kolei jeżeli jest odwrotnie, w większości znanych mi przypadków, osoby, którym jedna książka przypadła do gustu, wpadły po uszy. Tak było też ze mną. Jednakże dawkuję je sobie stopniowo, bo zdaję sobie sprawę, że czytając je jedna za drugą, utraciłyby one swój czar.  I w taki oto sposób, tym razem nadeszła pora na „Najdłuższą podróż”. Przyznam otwarcie, że zabierając się za nią, nie miałam nawet najmniejszego pojęcia o czym jest najnowsza wyczarowana przez Sparksa historia. Po tym co napisałam wyżej, niczym Was już nie zaskoczę, jeśli stwierdzę, że nie zawiodłam się. Wręcz przeciwnie, podczas lektury „Najdłuższej podróży” nawet przez chwilę się nie nudziłam. Spodobało mi się to, że w jednej książce autor przedstawił dwie odrębne historie. Historie dwóch par, żyjących w innych czasach, pozornie nie mających ze sobą nic wspólnego. Czytając, ciągle zastanawiałam się w jaki sposób splotą się losy tych ludzi. Właściwie do ostatnich stron tkwiłam w niepewności, nie wiedząc, czy w opisywanych wydarzeniach nastąpi jakikolwiek przełom. Wydawało mi się to nie podobne do Sparksa, by w tak nijaki sposób poprowadzić zakończenie, dlatego im bliżej końca byłam, tym bardziej zdezorientowana i poirytowana się czułam. Zapewne domyślacie się już, że zakończenie nie okazało się klapą, prawda? 
 
Zdaję sobie sprawę, że wypowiadam się na temat tej książki bardzo oględnie. Mogłabym trochę przybliżyć bohaterów, zarysować fabułę, opowiedzieć o emocjach, dylematach i sprawach, których ta powieść dotyka. Mogłabym wspomnieć o kilku przemyśleniach, które naszły mnie podczas lektury. Jednak zdecydowanie bardziej pragnę Was po prostu zachęcić do lektury. Cieszę się, że czytając, nie znałam żadnych szczegółów. Teraz wiem, że w innym przypadku pozbawiłabym się części magii tej historii. „Najdłuższa podróż” to moim zdaniem obowiązkowa pozycja dla fanów Nicholasa Sparksa. A dla tych, którzy jeszcze z tym panem do czynienia nie mieli, z całą pewnością jest to dobra propozycja na początek. Nicholas Sparks pokazuje tutaj, że jest w szczytowej formie. Powieści Sparksa mają w sobie coś takiego, że zawsze podnoszą mnie na duchu. Zawsze. Nawet wtedy, gdy sama nie zdaję sobie sprawy z tego, że tego potrzebuję. Ukazują świat w lepszym świetle, zachęcają by przychylniej spojrzeć na swoją codzienność. Zdecydowanie są pożywką dla marzycieli, a ja bez wątpienia się do nich zaliczam. Jednakże mają one też swój minus, a mianowicie minus dla facetów - męscy bohaterowie wykreowani przez Sparksa mogą niechcący, acz znacząco wpłynąć na wzrost kobiecych wymagań ;)

Na koniec, nie byłabym sobą gdybym nie wspomniała o ekranizacji „Najdłuższej podróży”, która aktualnie gości w naszych kinach. Mając w pamięci inne udane filmy, powstałe na podstawie książek Sparksa i będąc pod wrażeniem tejże książki, wprost nie mogłam doczekać się aż obejrzę film. Pobiegłam zatem do kina jeszcze tego samego dnia, kiedy zakończyłam lekturę. Niestety był to duży błąd, strata czasu i pieniędzy. Film poza samymi bohaterami niewiele ma wspólnego z książką. Dawno już, siedząc w sali kinowej, nie czułam się tak zawiedziona i oszukana.


Czy zdecydujecie się obejrzeć film -  decyzja należy do Was. Jeżeli już go oglądaliście, chętnie dowiem się jakie są Wasze opinie.

środa, 24 czerwca 2015

Jedz, módl się, kochaj - Elizabeth Gilbert

jedz módl się kochajKsiążkę „Jedz, módl się, kochaj” zakupiła dla siebie moja mama. Było to mniej więcej cztery lata temu i wówczas uważałam, że jest to jak dla mnie zbyt kobieca i dorosła literatura. Obejrzałam natomiast film. Nie zrobił na mnie jakiegoś wielkiego wrażenia, ot taki sobie dosyć niezły film. Z czasem jednak, coraz częściej zdarzało mi się zerkać w stronę, stojącej na półce książki. Najwyraźniej dojrzałam i przekonałam się do tematyki, poruszającej kwestie poszukiwania siebie. Nastawiłam się na ciekawą i inspirującą lekturę, a czy ją otrzymałam?

Amerykańska dziennikarka, Elizabeth Gilbert  po trudnym rozwodzie i wielu zawirowaniach życiowych, które doprowadziły do jej rozchwiania emocjonalnego, postanowiła spędzić rok na próbie odnalezienia równowagi. Straciła w życiu poczucie sensu, zapragnęła na nowo się odnaleźć. Swoją podróż po świecie, ale i po własnym wnętrzu zaplanowała zatem na trzy etapy. Pierwsze miesiące spędziła we Włoszech, gdzie pragnęła poznać smak prawdziwej, niczym niewymuszonej radości. Zgłębiając język włoski i zajadając specjalności kuchni włoskiej, uczyła się korzystać z przyjemności. Następnie udała się do Indii, a konkretnie do aśramy, by odnaleźć spokój i ukojenie. Jej wyprawa zakończyła się pobytem w Indonezji, który miał służyć osiągnięciu równowagi, pomiędzy włoskim skupianiem się na przyjemnościach, a indyjską wymagającą medytacją. Swoje przeżycia i zmagania, związane z tą niezwykłą podróżą,  autorka opisała właśnie w książce „Jedz, módl się kochaj”.

Książka podzielona jest na trzy części, odpowiadające kolejnym etapom autorki. Tymczasem zanim przenosimy się do Włoch, Elizabeth Gilbert serwuje czytelnikowi całkiem szczegółowy opis swoich przeżyć. Nie byłoby w tym nic dziwnego, poniekąd stanowi to wyjaśnienie jej motywacji do odbycia takiej podróży. Rozwód z całą pewnością nigdy nie jest czymś przyjemnym. Jednakże w tym przypadku odnosiłam wrażenie, jak gdyby autorka usilnie starała się pokazać jak dużo w jego trakcie wycierpiała i jak bardzo dramatyczny był jej późniejszy związek. Pozornie zakończywszy ten temat, w miarę upływu stron wracała do niego raz za razem. Nie spodobało mi się, że mimo próby ukształtowania się na nowo, cały czas rozdrapywała stare rany. Niekiedy zdarzało mi się myśleć, że z tej pani Elizabeth musi być niezła egoistka. Rozumiem, że książka z założenia miała być poświęcona jej osobistym przeżyciom.  Niemniej jednak, moim zdaniem powinna poświęcić więcej uwagi odwiedzanym przez siebie wspaniałym i tak bardzo różnorodnym miejscom, zamiast zamęczać czytelnika po raz wtóry tymi samymi przemyśleniami. Zdecydowanie najsłabiej pod tym względem wypada część poświęcona Indiom. Relacja z pobytu w Italii i Indonezji była całkiem niezła, pokazywała różne aspekty pobytu w tych miejscach. Dowiedziałam się dzięki temu kilku ciekawych rzeczy. Natomiast, czytając o Indiach, mówiąc szczerze wynudziłam się i męczyłam, żeby przez to przebrnąć. Zdaję sobie sprawę, że pobyt w aśramie nie należy do najbardziej ekscytujących rzeczy. Mimo to, Indie są tak bogatym kulturowo krajem, że warto byłoby nieco urozmaicić swoją opowieść. Zamiast tego, otrzymujemy monotonny opis próby osiągnięcia doskonałości w medytacji i całe mnóstwo metafor, które zdaniem autorki pewnie miały przybliżyć czytelnikowi jej przeżycia. Jak gdyby autorka nie potrafiła w pigułce uchwycić istoty, skądinąd ciekawego tematu jakim jest medytacją i  tylko nieustannie wokół niego krążyła. 

Odchodząc jednak od negatywnych stron tej książki, muszę stwierdzić, że nie była to wcale aż taka kiepska lektura! Wydaje mi się, że spodziewałam się po niej czegoś innego, mimo to nie uważam czasu, który jej poświęciłam za zmarnowany. Jest to po prostu lekka lektura i choć nie wnosi ona zbyt wiele do naszego życia, jest pozytywna w swoim wydźwięku i koniec końców, niektóre jej fragmenty napawają optymizmem. Jeśli czujecie się zainteresowani tą książką, warto spróbować, nawet jeśli podobnie jak mnie nie powali Was ona na kolana, jest szansa, że całkiem nieźle wypełni kilka słonecznych, letnich popołudni. 

Ostatecznie jesteśmy tym, co myślimy. Nasze emocje są niewolnikami naszych myśli, a my jesteśmy niewolnikami naszych emocji.

LinkWithin

Related Posts with Thumbnails