Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Dolnośląskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Dolnośląskie. Pokaż wszystkie posty

Studnia wieczności - Libba Bray

Tytuł oryginału: The Sweet Far Thing
Trylogia: Magiczny Krąg
Część: 3
Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
Stron: 758

Tak jak wspominałam już w recenzji „Zbuntowanych aniołów”, wobec finalnego, kończącego gotycką trylogię, tomu miałam spore oczekiwania. Czy Libbie Bray udało się je spełnić? 

Gemma, wraz z przyjaciółkami nie odwiedzały Międzyświata od czasu wydarzeń, które miały miejsce podczas Bożego Narodzenia. Odkąd Kirke została uwięziona, cała magia świątyni skupiła się w Gemmie. Na barki dziewczyny spada więc ogromny ciężar podjęcia decyzji, dotyczącej rozporządzania mocą. Tymczasem w Akademii dla młodych dam Spence rozpoczyna się odbudowa wschodniego skrzydła. Wielkimi krokami zbliża się także debiut, kiedy to bohaterki ukłonią się przed królową, tym samym wkraczając w dorosły świat…

Do „Studni wieczności” podeszłam z pewną dozą wątpliwości, ale też sporą ciekawością jak zakończą się losy dziewczyn. „Czy znajdą szczęście i miłość, czy uda im się uratować Międzyświat?” - myślałam. Oczekiwałam równie zaskakujących momentów, jak w poprzedniej części. Niestety muszę przyznać, że trochę się pod tym względem zawiodłam. Czytając, chwilami odnosiłam wrażenie, jak gdyby cała akcja została za bardzo rozciągnięta. W końcu po 750 stronach lektury człowiek spodziewa się raczej intensywnych doznań, niestety tutaj przerwy pomiędzy ważnymi wydarzeniami były jak dla mnie zbyt duże. W pewnym momencie zaczęły mnie też odrobinę męczyć ciągłe rozważania Gemmy na temat tego jak ma rozwiązać sprawę Międzyświata, ciągle powielana była ta sama kwestia. Brakowało mi nowości. Owszem pojawiła się na przykład tajemnicza dama w lawendowej sukni ukazująca się w wizjach Gemmy, lecz zabrakło mi tutaj takich podpowiedzi jakie znalazły się w „Zbuntowanych aniołach”. Tam cały czas pozostawała tajemnica, jednak co rusz pojawiały się nowe wskazówki i niuanse, które pobudzały ciekawość i powodowały kolejne domysły, koniec końców prowadząc do zaskakującej prawdy. Smaczku z kolei dodawały wizyty Gemmy w szpitalu dla umysłowo chorych i spotkania z Nell Hawkins, a także to, że w przeciwieństwie do „Studni wieczności” tam akcja w dużej mierze toczyła się w Londynie, gdzie można było w pełni pozwolić się urzec tej dziwnej, lecz fascynującej aurze czasów wiktoriańskich. Na szczęście w „Studni wieczności” nie zabrakło ciętego języka i ironii, czego przykład macie poniżej. Nie lada gratkę stanowi również opis nauki jazdy na rowerze uczennic. Nieźle się przy tym uśmiałam. W tym miejscu odsyłam Was do kolejnego cytatu. Na uwagę zasługuje oczywiście także rozwijająca się sympatia pomiędzy Kartkiem a Gemmą. Momenty z udziałem ich obojga były naprawdę wyjątkowe a nie ukrywam, że czekałam na kontynuację tego wątku.

Wygląda na to, że „powiedzcie szczerze” to starannie zaszyfrowana wiadomość, oznaczająca „kłamcie za wszelką cenę”. Muszę to sobie zanotować. Często odnoszę wrażenie, że istnieje jakiś elementarz dotyczący tego, co jest uprzejme i co przystoi damie , a ja go po prostu jeszcze nie opanowałam.

Mimo, że książka jest bardzo obszerna większość wątków skupia się na Międzyświecie i przyznam, że średnio mi się to podobało. Chyba już wyrosłam z opowieści o takich baśniowych krainach i stworach. Nie jestem pewna dlaczego, ale czytając kilka razy nasunęło mi się skojarzenie z Narnią. Podobne idee, podobne przesłanie. Pozostaje jeszcze zakończenie… Będę szczera - nie podobało mi się. Ta część może i jest bardziej dojrzała, ale za taką dojrzałość to ja akurat serdecznie dziękuję (kto czytał, ten wie co mam na myśli). Najwyraźniej jednak, autorka uznała taki finał za najodpowiedniejszy. 

Nie chodzi mi o to, że „Studnia wieczności” to kiepska książka. Wcale nie! Dobrze mi się ją czytało, jednak zwyczajnie trochę zabrakło mi w niej tego za co tak polubiłam całą trylogię. Bywało też, że irytowały mnie zachowania głównych bohaterek. W jednej chwili martwiły się swoimi problemami, a już w następnej śpiewały i tańczyły w Międzyświecie, a wszystkie ich troski gdzieś ulatywały i stawały się wtedy dokładnie takie jak ich rówieśniczki, które one same krytykowały za ich pustkę w głowie i uległość. Poza tym odnoszę wrażenie, że wydarzenia, które miały miejsce w poprzednich częściach były po prostu ciekawsze. Plusem jest to, że styl autorki jest tak dobry że pomimo tylu stron i kilku detali, które mi się nie spodobały, podczas lektury ani razu nie poczułam się znudzona i cały czas z zainteresowaniem zagłębiałam się w przygody trzech dziewczyn, z którymi zdążyłam się już „zaprzyjaźnić” podczas lektury poprzednich części.

Nigdy w życiu nie widziałam roweru z bliska. Przypomina metalowe S z dwoma kołami i poprzeczką do kierowania. A to siodełko! Wydaje się o wiele za wysoko, żeby można było na nim usiąść.

Myślę, że gdyby autorka nie starała się za wszelką cenę przedłużać losów bohaterek i nie zapragnęła wpleść nuty moralizatorskiej w swoją opowieść, czego jak dotąd nie zwykła robić, nic bym jej nie zarzuciła. „Studnia wieczności” zdecydowanie jest godnym i wartym uwagi zakończeniem cyklu i proszę Was, nie sugerujcie się zbytnio moim zdaniem, jeśli wahacie się czy po nią sięgnąć. Naprawdę warto poznać dalsze losy Gemmy, Ann, Felicity a także Kartika i pozostałych postaci. Mimo, że do kilku kwestii się przyczepiłam, miło spędziłam czas z tą książką i tak też będę wspominać całą trylogię „Magiczny krąg”, która z pewnością jest pod wieloma względami niepowtarzalna. A gdy tylko nadarzy się ku temu okazja, z chęcią poznam również inne historie, które wyszły spod pióra Libby Bray.


*Cytaty pochodzą ze strony: 22 oraz 108 



Zbuntowane anioły - Libba Bray

Tytuł oryginału: Rebel Angels 
Trylogia: Magiczny Krąg
Część: 2
Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
Stron: 488


Spodziewałam się, że łatwiej będzie napisać recenzję książki, którą przeczytało się po raz drugi, ale tak niestety nie jest, bo gdy w końcu zabrałam się za jej pisanie nie wiem od czego zacząć. ;)

Może od początku. Nie minęło wiele czasu odkąd Gemma, Ann i Felicity straciły swoją najdroższą przyjaciółkę Pippę, a runy wyroczni w Międzyświecie zostały zniszczone. Od tamtej chwili dziewczyny ani razu nie weszły ponownie do Międzyświata. Gemma obawia się co może tam zastać, a Kirke wciąż stanowi dla nich olbrzymie zagrożenie, w dodatku zaczynają nawiedzać ją w wizjach dziwne dziewczyny w bieli. Niestety Ann i Felicity zaczynają nalegać… Tymczasem w akademii dla młodych dam Spence zbliżają się święta Bożego Narodzenia, a co za tym idzie ferie zimowe, które okażą się dla bohaterek doskonałą okazją do zapoznania ze śmietanką towarzyską Londynu.

„Zbuntowane anioły” to bez najmniejszych wątpliwości świetna kontynuacja. Trzyma poziom, a wręcz go podwyższa. Jest mroczniej i zdecydowanie bardziej tajemniczo. Jeśli ktoś uznał, że niektóre wydarzenia w „Mrocznym sekrecie” budziły grozę, co zatem powie po lekturze tej części, w której nie zostało już zbyt wiele miejsca na swawolne zabawy i korzystanie z mocy? Tutaj nawet problemy dziewczyn w prawdziwym życiu są poważniejsze. Dowiadujemy się o nich rzeczy, które w „Mrocznym sekrecie” nie zostały poruszone. Na każdym kroku czają się wątpliwości i jak się okazuje nie wszystko jest takie jakim się wydaje. 

Można by się spodziewać, że to kolejny paranormal romance, ale to nieprawda. Wątek romantyczny czai się dopiero gdzieś tam w tle. Kartik… Simon…  na razie nie wiadomo co z tego wyniknie... Chociaż możemy się domyślać ;)

A jeśli zło tak naprawdę nie istnieje? Jeśli zostało wymyślone przez nas i w rzeczywistości musimy walczyć tylko z własnymi ograniczeniami? Jeśli to jest tylko ciągła gonitwa miedzy nasza wola, pragnieniami i decyzjami?

Czym ta trylogia wyróżnia się z pośród innych? Moim zdaniem bardzo wiele zawdzięcza czasom wiktoriańskim, w których rozgrywa się jej akcja. Przed poznaniem tej serii nigdy nic tak nie przykuło mojej uwagi do tej epoki, a jak się okazało w tym przypadku, to właśnie w dużej mierze dzięki temu elementowi mogę ją zaliczyć do moich ulubionych. Libba Bray przedstawia czytelnikowi fascynującą wizję XIII-wiecznego Londynu, gdzie piękno, bogactwo i przepych spotyka się z ubóstwem. Gdzie aż huczy od plotek i konwenansów. Gdzie ludzie potrafią być wredni nawet wobec najbliższych, a wszystko to pod przykrywką uprzejmych relacji. Do tego cała ta otoczka, piękne suknie, wystawne bale, karneciki… Z jednej strony realia tak piękne i czarujące, z drugiej rygorystyczne i brutalne.

Jeżeli czytaliście „Mroczny sekret” a wahacie się czy sięgnąć po drugą część (chociaż ja osobiście takiej osoby nie znam ;)) czym prędzej pędźcie do księgarni, biblioteki czy gdzie tam sobie chcecie, to nadrobić! Podobnie w przypadku osób, które nie miały z tą serią do czynienia. Myślę, że naprawdę warto się z nią zapoznać nawet jeśli wydaje się wam ona nie w waszym stylu. Może jednak warto się przełamać i spróbować? Ja tymczasem czekam na przesyłkę ze „Studnią wieczności”, która jest opasłym tomiskiem i dlatego mam wobec niej tym większe oczekiwania. W końcu skoro w głowie autorki zrodziło się tyle pomysłów, że trzeba było je zamieścić na kartach ponad 700 stronicowej książki, to chyba musi być ona dobra, prawda? ;) Jestem niezmiernie ciekawa jak zakończą się przygody Gemmy, Felicity i Ann.



Cytat pochodzi ze strony 249 

W otchłani - Beth Revis

Tytuł oryginału: Across the Universe
Seria: W otchłani
Tom: 1
Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
Stron: 388

Do tej pory pamiętam jak przez przypadek natknęłam się w internecie na okładkę „Across the Universe” Beth Revis. Aby przykuć moją uwagę wystarczył sam tytuł, który jest zarazem tytułem jednej z piosenek The Beatles, a także jednego z moich ulubionych filmów; ale to okładka przeważyła (jak dobrze, że została zachowana w polskim wydaniu!). Coś w niej sprawiło, że poczułam, iż jest to książka dla mnie. Chociaż nie wiedziałam dokładnie o czym opowiada, wiedziałam, po prostu wiedziałam, że muszę ją przeczytać. Dlatego ogromnie ucieszyłam się gdy zobaczyłam ją w zapowiedziach wydawnictwa Dolnośląskiego i z niecierpliwością czekałam na jej premierę.

Amy porzuca swoje dotychczasowe ziemskie życie i wraz z rodzicami, poddaje się zamrożeniu by po 300 latach podróży obudzić się na nowej planecie. Jednak nie wszystko idzie zgodnie z planem… Amy zostaje brutalnie, przedwcześnie pobudzona z powrotem do życia i dowiaduje się, że nie ma możliwości powrotu, że będzie musiała żyć na statku kosmicznym o nazwie „Błogosławiony”, z dala od wszystkiego co jej bliskie, wśród dziwnych ludzi poddających się władzy Najstarszego. A wszystko wskazuje na to, że ten kto ją odłączył miał zamiar ją zamordować i nie zamierza na niej poprzestać, a jedyną osobą, która pragnie dla niej dobra okazuje się być Starszy.

Całą historię poznajemy z punktu widzenia dwóch bohaterów: Amy i Starszego. Dzięki temu z jednej strony mamy silną i pewną siebie dziewczynę, która wie czego chce. Postawiona w trudnej sytuacji stara się sobie z nią radzić. Przywołuje wspomnienia ze swojego dawnego życia i próbuje pogodzić się z tym, że już nigdy go nie odzyska; opisuje starania projektantów statku by jak najbardziej upodobnić go do Ziemi, które choć robią wrażenie i tak nie są w stanie dorównać oryginałowi. A ona tęskni za swoim dawnym domem, w dodatku wychodzi na to, że najbliższą okazję spotkania się z rodzicami, dla których zrezygnowała z wszystkiego innego, będzie miała za… 50 lat. Jakby tego było mało, monoetniczna, nadzwyczaj spokojna i zrównoważona społeczność, żyjąca na statku uważa ją za wybryk natury z jej bladą cerą i rudymi włosami. 

Nie miałam pojęcia, co się dzieje, ale chyba wszyscy postradali zmysły. Zwykli ludzie to „wariaci”, podczas gdy ci, którzy utracili zdolność odczuwania, są „normalni”.

Natomiast z drugiej strony mamy Starszego, przyszłego przywódcę statku, który od dziecka jest świadom czekającej go roli, jednak nie wie czy będzie potrafił się w niej odnaleźć. Zdaje sobie sprawę, że wiele różni go od obecnego Najstarszego. Przyzwyczajony do życia na statku, wszystko co go otacza uważa za jak najbardziej normalne i naturalne. Jego codzienność zmienia się w momencie gdy dowiaduje się o sekretnym poziomie, na którym tkwią zahibernowani ludzie, a wśród nich zjawiskowa dziewczyna, tak bardzo różniąca się urodą od pozostałych mieszkańców statku. Powoli zaczyna dostrzegać otaczające go kłamstwa, a gdy dziewczyna zostaje odłączona a po niej inne osoby, pragnie za wszelką cenę dowiedzieć się prawdy, w czym przeszkadza mu Najstarszy - nauczyciel, którego uważał za niedościgniony wzór przywódcy, a który być może wcale nie jest taki dobry. 

Jesteś Starszym. Kiedy przejmiesz po mnie funkcję Najstarszego, będziesz musiał poświęcić całe swoje życie jednej idei: jesteś opiekunem wszystkich ludzi przebywających na pokładzie. Odpowiadasz za każdego z nich. Nigdy nie możesz okazywać przed nimi słabości, bo jesteś ich siłą. Nigdy nie możesz okazać przed nimi rozpaczy, bo jesteś ich nadzieją. Zawsze, w każdej sytuacji musisz być dla nich  w s z y s t k i m.

Beth Revis wpadła na ciekawy i oryginalny pomysł na powieść. Z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że czegoś takiego jeszcze nie było. Stworzona przez nią rzeczywistość życia na statku jest bardzo realna. Wszyscy bohaterowie są bardzo dobrze skonstruowani. Poza głównymi bohaterami mamy jeszcze inne ciekawe i wyraziste postaci. Łatwo można odczuć atmosferę napierających zewsząd metalowych ścian i sztuczności. Bohaterowie zamiast komputerów posługują się plastplejami, które trochę przypominają nasze tablety. A do komunikacji służą im wi-komy, wszczepione w skórę za uchem, tuż po urodzeniu (Nie wiem dlaczego, ale za każdym razem jak o tym czytałam i pomyślałam o przycisku za uchem, przechodził mnie dreszcz. Zresztą nadal przechodzi. Chyba po prostu nie wyobrażam sobie posiadania czegoś pod skórą nawet jeśli to zupełnie bezbolesne. Och jak dobrze, że my mamy nasze tradycyjne telefony komórkowe ;)). 

Czytając, razem z bohaterami odkrywałam kolejne tajemnice i zaintrygował mnie ten dziwny, inny i okrutny mały świat na statku. Najbardziej wstrząsające rzeczy wychodzą na jaw dopiero pod koniec i nie chodzi mi o to kto jest domniemanym mordercą zamrożonych. ;) W pewnym momencie, będąc gdzieś w połowie lektury poczułam lekki zastój akcji i obawiałam się, że będę zawiedziona, jednak na szczęście okazał się on tylko chwilowym wyciszeniem atmosfery. Warto dodać kilka słów o miłości rodzącej się między bohaterami, która nie jest gwałtowna lecz subtelna i pełna wahania. Nie gra ona głównej roli, za to bardzo dobrze wpasowuje się w tło wydarzeń. Nie mogę też zapomnieć o samym zakończeniu książki, które szczerze uznaję za najlepsze z tych, z którymi miałam ostatnio do czynienia, chociaż na zakończenia czytanych ostatnio przeze mnie książek nie mogę narzekać, bo wiele było bardzo dobrych i zaskakujących. Ale to, które zaserwowała Beth Revis zupełnie wytrąciło mnie z równowagi, jest wstrząsające i budzi wiele sprzecznych emocji. Czytając ostatnie strony byłam pewna, że wszystkie zagadki zostały już rozwiązane, a tu nagle: bum! Największa bomba na koniec! 

Trochę rozbawiło mnie ciągłe używanie w tłumaczeniu słów: hucpa i gzyf. Ciekawe czy w oryginale też były to jakieś osobliwe słowa. W każdym razie w przypadku drugiego z tych słów, z kontekstu zdań, w których zostało użyte łatwo można domyślić się co oznaczało, jednak ja nie mam pojęcia co to słowo samo w sobie właściwie oznacza  i nie mogę nigdzie znaleźć jego definicji (może ktoś mnie oświeci? ;)) Ale to tylko taki nic nieznaczący drobiażdżek.

Nie mogę się doczekać kolejnego tomu, zatytułowanego „Milion słońc”. Szkoda, że na jej premierę trzeba czekać aż do 20 marca 2013. Trzeba uzbroić się w cierpliwość ;) Okładka, podobnie jak w przypadku pierwszego tomu wygląda świetnie.

Rozpisałam się dzisiaj więc podsumowanie króciusieńkie, bo że książka mi się spodobała już chyba mówić nie muszę ;) A więc komu polecam tę książkę? Chyba każdemu, bo to naprawdę ciekawa historia. Nawet mojego tatę zaciekawił jej opis i teraz gdy ja mam ją już za sobą, zamierzam mu ją podsunąć ;)


Cytaty pochodzą kolejno ze stron: 253 i 30

Głębia - Tricia Rayburn

Tytuł oryginału: Undercurrent
Seria:
Syreny
Część:
2
Wydawnictwo:
Wydawnictwo Dolnośląskie
Stron:
368

Po przeczytaniu „Syreny” nie miałam zielonego pojęcia czego mogę się spodziewać po jej ciągu dalszym, dlatego do „Głębi” podeszłam z pewną rezerwą. Jednak podobnie jak swoja poprzedniczka wciągnęła mnie niemalże od samego początku.

Akcja „Głębi” rozpoczyna się krótko po zakończeniu wakacji. Vanessa wraz z rodzicami wróciła do Bostonu, a razem z nimi Paige, która postanowiła skończyć szkołę z daleka od rodzinnego miasteczka. Simon wrócił na uczelnię a Caleb pozostał w Winter Harbor. Każdy na swój sposób próbuje przejść do porządku dziennego po wydarzeniach zeszłego lata. I być może wszystko toczyłoby się dalej swoim dawnym torem gdyby nie pewien „szczegół”. A mianowicie to, że Vanessa jest syreną… a całe jej dotychczasowe życie składało się z wiecznych kłamstw. Po przejściu niezamierzonej przemiany potrzebuje ciągłego dostępu do słonej wody a to z pewnością nie ułatwia jej życia tym bardziej, że nagle wszyscy zewsząd pragną otaczać ją opieką i troską.

Czytając od razu dało się wyczuć klimat poprzedniej części mimo, że akcja w zdecydowanej większości toczyła się w Bostonie. „Głębię” z pewnością można uznać za dobrą kontynuację, jednak moim zdaniem czegoś w niej zabrakło. Co do samej konstrukcji nie mam żadnych zarzutów, bohaterowie nadal byli świetnie wykreowani i charakterystyczni. Nowe postacie, które się pojawiają są bardzo ciekawe, wyróżniają się na tle innych i jest to z pewnością jedna z niezaprzeczalnych zalet pisarstwa Tricii Rayburn. Każda z stworzonych przez nią postaci jest inna i nie wtapia się w tło. Jednak z drugiej strony to czego mi zabrakło, to również bohaterowie z tym, że Ci poznani wcześniej – Caleb i Simon. Ten pierwszy pojawia się zaledwie w kilku krótkich momentach. Jeśli chodzi o tego drugiego nie spodobało mi się to, że Simon, który w poprzedniej części prawie nie znikał ‘z pola widzenia’ teraz został totalnie odsunięty na drugi plan. Nie spodziewałam się tego i w wielu momentach brakowało mi jego udziału, a nie tylko wspominania jego osoby przez główną bohaterkę – Vanessę, która podobnie jak w „Syrenie” trochę  mnie czasami irytowała. W wielu momentach robiła jedno a myślała drugie i sama przed sobą nie potrafiła tego wytłumaczyć. Jednak nadal historię opowiadaną z jej perspektywy czyta się dobrze. W sumie to ją nawet lubię ale nie mogłam znieść niektórych jej decyzji, w tym właśnie tej dotyczącej Simona, która zaważyła na mojej opinii dotyczącej tej książki. Decyzja, która miała być szlachetnym posunięciem, okazała się krzywdząca w skutkach i sprawiła, że Simon w oczach czytelnika staje się słaby i potrzebuje współczucia. A taki wizerunek zupełnie do niego nie pasuje. Jednak jeżeli spojrzeć na to z innej strony taki zabieg ze strony autorki można uznać za zaletę bo skutecznie zapobiegł pojawieniu się cukierkowatości wątku miłosnego książki, a tego akurat chyba nikt by nie chciał. 

„Głębię” czyta się bardzo szybko, wciągnęła mnie a te wszystkie małe braki w nawet najmniejszym stopniu nie zniechęciły mnie do czytania, co więcej jeszcze bardziej zachęciły bo czym prędzej chciałam poznać zakończenie. Czytanie tej serii póki co mogę porównać do oglądania dobrego filmu, gdy w pewnym momencie główny bohater lub bohaterka robi coś nie po naszej myśli, pytamy: „Dlaczego?!” po czym oglądamy dalej. Książka zachowała swój klimat, a jeśli chodzi o braki w bohaterach mam nadzieję, że zostaną one nadrobione w trzeciej części. Znowu występuje element zaskoczenia, akcja toczy się szybko a bohaterka mimo problemów z własną osobą nie zanudza nas zbędnymi rozmyślaniami. Wszystko jest zrównoważone. Za zdecydowany plus można uznać konstrukcję rozdziałów, które kończą się nagle w ciągu pewnej rozmowy lub wydarzenia a kolejny rozdział rozpoczyna się już w innym punkcie. To bardzo zaostrza ciekawość, podobnie jak zakończenie, które podobnie jak w „Syrenie” jak dla mnie nastąpiło zbyt wcześnie.

Reasumując, „Głębia” choć jak dla mnie nie przebija pierwszej części i ustępuje jej pod kilkoma względami, w tym także okładką, która w porównaniu do "Syreny" nie urzekła mnie, jest godną kontynuacją i zachęca do przeczytania trzeciej części, której oryginalny tytuł brzmi „Dark Water”. Ja na pewno sięgnę po nią gdy tylko ukaże się w Polsce.

Syrena - Tricia Rayburn

Tytuł oryginału: Siren
Seria: Syreny
Część:
1

Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
Stron: 360

Wakacje jak każde inne.
W jednej chwili zamieniają się w koszmar.

Vanessa i Justine Sands wraz z rodzicami jak co roku spędzają je w domku nad jeziorem. Nie dzieje się nic nadzwyczajnego dopóki pewnego wieczora Justine nie udaje się skoczyć do oceanu z pobliskiego urwiska. Nic wielkiego, robiła to mnóstwo razy. Jednak następnego ranka jej martwe ciało zostaje znalezione wyrzucone przez wodę na brzeg… Vanessa nie przyjmuje do siebie wiadomości, że to co przydarzyło się jej ukochanej, starszej siostrze było zwykłym wypadkiem. Na dodatek przypadkiem dowiaduje się o Justine czegoś o czym nie wiedziała, choć była pewna, że zna swą siostrę lepiej niż ktokolwiek inny. Pod wpływem impulsu postanawia wrócić do Winter Harbor. Pragnie dowiedzieć się czegoś więcej na temat jej śmierci od jednego z braci, częstych towarzyszy ich letnich wypadów, mieszkających w sąsiedztwie ich domku, z którym jej siostrę łączyło coś więcej niż zwykła przyjaźń. Na miejscu okazuje się, że nie wyjaśniając powodów, Caleb nagle zniknął. Dziewczyna decyduje się pomóc jego starszemu bratu Simonowi w poszukiwaniach, gdy tymczasem w okolicy zostaje znalezione na plaży ciało mężczyzny zastygłego w uśmiechu… 

Gdy pierwszy raz przeczytałam opis tej książki coś sprawiło, że zapragnęłam ją przeczytać. Jednak gdy wreszcie się za nią zabrałam, postarałam się podejść do niej kompletnie bez żadnych oczekiwań. Założyłam, że ma ona sama mnie do siebie przekonać i żeby rozwiać wszelkie wątpliwości już na samym początku: jak najbardziej obroniła się. Chociaż po lekturze pierwszych stron nie byłam jakoś szczególnie przekonana, nie miałam ochoty odkładać jej na bok. Gdy tylko przechodziłam obok niej, moje spojrzenie kierowało się ku niej i coś mnie kusiło żeby wziąć ją do ręki i czytać nawet gdy miałam akurat co innego do zrobienia. Im bardziej się w nią zagłębiałam tym bardziej mnie wciągała. Na początku bohaterowie nie zrobili na mnie specjalnego wrażenia jednak potem polubiłam ich i z niecierpliwością czekałam na dalszy rozwój wypadków z ich udziałem. 

Wydarzenia poznajemy z punktu widzenia Vanessy, która czasami delikatnie irytuje swoimi przemyśleniami jednak mimo wszystko całkiem nieźle się spisała jako narratorka i po przeczytaniu „Syreny” jestem ciekawa dalszych jej losów. Polubiłam za to braci Carmichealów i Betty. Z kolei negatywne postaci również były bardzo dobrze wykreowane. Budziły dziwne odczucia, irytowały i ciekawiły zarazem. I tu chyba właśnie tkwi sekret tej książki. Tajemnicza aura, którą jest owiana i ciekawa fabuła. Autorka wytworzyła w swojej powieści świetną chwilami wręcz groteskową atmosferę. Czytając naprawdę dało się odczuć klimat niewielkiego letniskowego miasteczka jakim było Winter Harbor i z tym większą ciekawością czekało się aż Vanessa i Simon wpadną na jakiś nowy trop. Niektóre z ich odkryć były naprawdę zaskakujące wbrew niezwykle wymownemu tytułowi książki, dzięki któremu na pierwszy rzut oka domyślić się można jaka będzie tematyka. Jednak nadal pozostają pytania typu: Kto? Kiedy? Dlaczego? Na które systematycznie poznajemy odpowiedzi, czytając. Nie wszystko od razu staje się jasne. Poza tym ostatnimi czasy opowieści o syrenach są raczej rzadkością więc ta książka stanowi swego rodzaju powiew świeżości i miłą odmianę w gronie powieści paranormal romance.  

Jeżeli chodzi o zakończenie, będę szczera i powiem, że nie w pełni mnie ono usatysfakcjonowało. Liczba stron do przeczytania skończyła się zbyt szybko i w nie odpowiednim momencie. I nie mówię tu o tym, że autorka pozostawiła jakieś niezakończone wątki, bo akurat w tej kwestii  nie mam nic do zarzucenia. Po prostu spodziewałam się, że akcja zakończy się trochę później dzięki czemu miałabym jakiś pogląd na to czego mogę spodziewać się w następnej części. Z drugiej jednak strony taki zabieg można uznać za zaletę bo z pewnością sprawia, że ma się ochotę czym prędzej sięgnąć po drugą część. 

Mówiąc krótko, polecam. Słowa, które zostały napisane na jej okładce czyli „tajemnicza, romantyczna, pełna grozy" są jak najbardziej słuszne. Kto lubi tego typu historie z pewnością nie zawiedzie się.

Drugie życie Bree Tanner - Stephenie Meyer

Tytuł oryginału: The Short Second Life of Bree Tanner
Wydawnictwo:
Wydawnictwo Dolnośląskie
Stron: 200
 

Bardzo lubię sagę "Zmierzch", więc gdy tylko ukazała się książka „Drugie życie Bree Tanner” oczywiście kupiłam ją i przeczytałam.

Jest ona książką na motywach „Zaćmienia”. Opowiada losy nowo narodzonej – Bree. Dzięki niej widzimy wydarzenia z 3 części sagi w zupełnie innym świetle. Możemy się dowiedzieć jak to wyglądało od strony armii młodych wampirów. Największym problemem głównej bohaterki jak i innych nowo narodzonych jest palące pragnienie. Mimo to obserwujemy rodzące się uczucia między Diegiem a Bree.

Książka jest króciutka, nie ma w niej żadnych rozdziałów. Na początku jest tylko wstęp wprowadzający od autorki. Przyjemnie się czytało, wyraźnie da się odczuć styl Stephenie Meyer. Polubiłam Diega i bardzo rozśmieszył mnie moment gdy ukrywali się przed słońcem. Dodatkowo dowiadujemy się czegoś więcej o ataku na Cullenów, jaki w tym wszystkim udział mieli Volturi.
Poznając losy Bree chciałam aby to wszystko inaczej się skończyło. Ale może właśnie dzięki temu, że nie ma w niej happy endu jest ciekawsza.

 

Podsumowując, moim zdaniem przyjemne uzupełnienie. Kto lubi „Zmierzch” może przeczytać, ale jeśli się go nie lubi to nie ma czego szukać w tej książce.
Dzisiaj krótko, ale i książka jest krótka, więc nie mam o czym się rozpisywać żeby za wiele szczegółów nie zdradzić.

Mroczny sekret - Libba Bray

Tytuł oryginalny: A Great and Terrible Beauty
Trylogia: Magiczny Krąg
Część:
1

Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
Stron: 368

Opis:
1895r. Gemma Doyle to osóbka uparta i przekorna. Ma 16 lat,kiedy trafia do londyńskiej Akademii Spence po tragedii, która spotyka jej rodzinę w Indiach. Jest samotna, dręczy ją poczucie winy i nękają ponure wizje przyszłości. W nowej szkole Gemma zawiera przyjaźń z najbardziej wpływowymi dziewczętami, odkrywa w sobie nadprzyrodzone zdolności, a także dowiaduje się o dawnych powiązaniach swojej matki z mrocznym stowarzyszeniem nazywanym Zakonem.
[empik.com]

Gwałtowna akcja rozpoczyna się już od samego początku gdy Gemma jest jeszcze w Indiach. Potem jest spokojniej chociaż jak dla mnie wcale nie mniej ciekawie, w czasie gdy główna bohaterka stara się odnaleźć się w nowym miejscu i zrozumieć to co się z nią dzieje. Tajemnicę poznajemy stopniowo tak, że napięcie bezustannie rośnie. Niektóre rzeczy dzieją się bardzo niespodziewanie. A wyjaśnienie tajemnicy dziennika Mary Dowd było dla mnie wielkim zaskoczeniem. Do tego wszystkiego należy jeszcze dodać istnienie Międzyświata i Zakonu.

Bardzo spodobała mi się ironiczna narracja Gemmy. Bardzo polubiłam tę bohaterkę. Przede wszystkim nie jest idealna, przeżyła tragedię, ale nie użala się nad sobą zbyt dużo. Jest bardzo wyrazistą i charakterną osobą. Uwielbiałam jej sarkastyczne komentarze i lekko ironiczne poczucie humoru. Wprost nie mogłam powstrzymać uśmiechu gdy kłóciła się z koleżankami. Byłam zaskoczona zawarciem przyjaźni między nią a jej początkowymi przeciwniczkami. Potem okazało się, że również koniec końców bardzo przypadła mi do gustu osoba Felicity, chociaż momentami była za bardzo władcza. Ann była mi obojętna,chociaż raczej denerwowało mnie jej zachowanie. Dzięki Pippie podczas czytania kilku fragmentów nieźle się uśmiałam. Lecz tak naprawdę choć była przyjemną osóbką nie miała łatwego życia. Bycie zmuszaną do małżeństwa ze starym, nudnym lecz bogatym facetem nie było w tam tych czasach niczym nadzwyczajnym. 

Mimo iż jest to powieść fantasy, smaku zdecydowanie dodaje to, że akcja dzieje się w czasach wiktoriańskich, wśród długich sukni, gorsetów, rygorystycznych zasad i kobiet zmuszanych do chowania się za mężczyznami. Do tego wszystkiego jeszcze niezastąpiony klimat Londynu z dawnych czasów, który dla mnie jest niesamowity.

Z tego co słyszałam i czytałam opinie na temat okładki są podzielone. Lecz mnie się ona bardzo podoba. Od przykuwała moją uwagę gdy tylko gdzieś się na nią natknęłam.

Książka ta należy do trylogii "Magiczny Krąg". Obecnie czytam drugą część czyli „Zbuntowane anioły”. Już pierwszy rozdział z punktu widzenia Kartika pobudził moją ciekawość. Mam nadzieję, że zostanie rozwinięty wątek romantyczny, który obiecująco się zapowiadał oraz wątek samego Kartika, który był dość sympatyczny „Mrocznym sekrecie” i liczyłam, że dowiemy się o nim czegoś więcej już w 1części lecz niestety akurat w tej kwestii się zawiodłam. Ale od czego jest 2 część, prawda? 3 część trylogii pt. "Studnia wieczności" ma się ukazać we wrześniu.

Podsumowując zdecydowanie polecam. Jak dla mnie czarująca i fascynująca, świetnie napisana powieść z klimatem.
Copyright © 2014 sekrety książek , Blogger