Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura amerykańska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura amerykańska. Pokaż wszystkie posty

Ten jeden dzień - Gayle Forman

Lubię myśleć, że drobne zdarzenia mają wpływ na nasze życie. Podoba mi się wizja, że nawet pozornie nic nieznaczące decyzje mają znaczenie. Właśnie takim drobiazgiem jest chwila. Kilka sekund, kilka minut, nawet godzina -mija zanim zdążymy się obejrzeć. Mimo to, jeśli się nad tym dłużej zastanowić, większość rzeczy, które zmieniają nasze życie trwają zaledwie kilka chwil. One po prostu pojawiają się, a my najczęściej nie wiedząc jak bardzo ważny jest dla nas dany moment, dopiero później zdajemy sobie z tego sprawę, gdy musimy zmierzyć się z jego konsekwencjami, dobrymi bądź złymi. Skoro tak, aż strach pomyśleć ile może się wydarzyć w ciągu jednego dnia. Właśnie taki wyjątkowy dzień przytrafia się bohaterce najnowszej powieści Gayle Forman. Rodzice Alison i jej przyjaciółki Melanie na zakończenie szkoły fundują im wycieczkę objazdową po Europie. Są przekonani, że zapewniają im w ten sposób przygodę, którą dziewczyny zapamiętają do końca życia. Wyjazd upływa jednak bez większych rewelacji i Allyson właściwie zaczyna odliczać dni do powrotu. Gdy już nic nie wróży zmian, na drodze Allyson pojawia się intrygujący Holender. To przypadkowe spotkanie bardzo namiesza w jej życiu, a w szczególności spontaniczna decyzja o wyjeździe z owym nieznajomym do Paryża. 

„Ten jeden dzień” było moim pierwszym spotkaniem z Gayle Forman. Wiele słyszałam o „Zostań, jeśli kochasz”, lecz oglądałam tylko film, który powstał na podstawie tej książki. Od razu gdy przeczytałam opis jej najnowszej książki, pomyślałam, że to może być świetna okazja, żeby się z twórczością tej Pani zapoznać. Spodobało mi się nawiązanie do Szekspira i to, że akcja toczy się w Paryżu. A fakt, że tytuł jednoznacznie skojarzył mi się z „Jednym dniem” Davida Nicholsa, zdecydowanie podbiło stawkę i przeważyło w decyzji o lekturze. Czy to skojarzenie okazało się słuszne? Niekoniecznie. Mimo to autorka opowiedziała tutaj całkiem sympatyczną historię.
Moim zdaniem, jednym z głównych atutów tej powieści są jej bohaterowie.  Czytając, czułam, że mam wiele wspólnego z Allyson, rozumiałam ją i z własnego doświadczenia znałam niektóre z myśli, które nie dawały jej spokoju. To sprawiło, że chętniej śledziłam jej poczynania. Z kolei jeśli chodzi o Willema, autorka wykonała naprawdę dobrą robotę, bo chociaż przez większą część książki pojawia się on tylko we wzmiankach, nie odczułam żadnego niedosytu w związku z tą postacią. Mimo, że poznałam go za sprawą zaledwie jednego dnia, który spędził z Allyson i choć podobnie jak główna bohaterka niewiele o nim wiedziałam, odniosłam wrażenie, że poznałam go bardziej, niż niektórych książkowych bohaterów w ciągu całej książki. Autorka wykreowała także cały szereg różnorodnych postaci, które miały na Allyson mniejszy, lub większy wpływ. Nie można im jednak odmówić tego, że każda z nich była bardzo charakterystyczna. 

„Ten jeden dzień” to książka wprost idealna na wakacje. Czyta się lekko i wzbudza ciekawość. W dodatku nie jest to kolejne zwyczajne romansidło dla nastolatek. Wyróżnia ją to, że autorka ewidentnie miała na nią sprecyzowany pomysł i umiejętnie wplotła w nią wiele ważnych, wartych zastanowienia kwestii. Jej książka nie jest oczywista. Pokazuje, że na niektóre rzeczy trzeba spojrzeć z wielu stron, żeby móc powiedzieć, że się je naprawdę rozumie. Spodobało mi się także to, że zachęca do zastanowienia się nad swoimi wyborami i pokazuje, że tak naprawdę szczęście zależy od nas samych, a często to właśnie my, podobnie jak Allyson ograniczamy się w jego zdobywaniu. 

Mimo tego wszystkiego co napisałam, muszę przyznać, że nie jestem w pełni usatysfakcjonowana z lektury. Wydaje mi się, że kilka lat temu byłabym nią zauroczona, lecz teraz przeczytałam ją właściwie z automatu, bez większych emocji. Chyba wygląda na to, że wyrosłam już z tego typu historii, nawet jeśli są one bardzo dobre i zaczynam oczekiwać trochę innych wrażeń od książek. Jednakże nie wykluczam, że sięgnę po kontynuację - coś czuję, że ciekawość  jak potoczą się losy bohaterów może wziąć górę ;) 

Czy na Waszej liście wakacyjnych lektur znajduje się „Ten jeden dzień”? A może macie już tę książkę za sobą? Jestem ciekawa Waszych opinii ;)

Najdłuższa podróż - Nicholas Sparks | Moja opinia o twórczości Sparksa

Za każdym razem, gdy zabieram się za książkę Nicholasa Sparksa, zastanawiam się jak ten facet to robi. Napisał już tyle książek, a ciągle ma pomysły na kolejne. Opisane przez niego historie to niemalże gotowe scenariusze filmowe. W dodatku pisze z większym wyczuciem i empatią, niż niejedna pisarka. A bohaterowie jego powieści są tak autentyczni i niepowtarzalni, że czytając można odnieść wrażenie jak gdyby takie osoby naprawdę kiedyś, gdzieś istniały. Możliwe, że w tym momencie wdaliby się ze mną w dyskusję przeciwnicy prozy Sparksa, zarzucając jego powieściom schematyczność. Ale wiecie co? Ja się z tym nie zgadzam. Według mnie, niezaprzeczalnie posiada on swój własny styl, który sprawia, że przeczytawszy kilka stron jestem pewna, że czytam właśnie Jego książkę. Lubię to w Jego twórczości - biorąc do ręki kolejną książkę, wiem, że mi się spodoba. Oczywiście, niektóre historie bardziej do mnie przemawiają i głębiej zapadają w pamięć, ale wszystkie te książki czyta się po prostu bardzo, bardzo dobrze.  Nie ulega wątpliwości, że jego twórczości trzeba spróbować, żeby móc się do niej ustosunkować. Jeżeli pierwsze spotkanie nie będzie udane, nie wydaje mi się, żeby kolejne książki miały większą szansę to zmienić. Z kolei jeżeli jest odwrotnie, w większości znanych mi przypadków, osoby, którym jedna książka przypadła do gustu, wpadły po uszy. Tak było też ze mną. Jednakże dawkuję je sobie stopniowo, bo zdaję sobie sprawę, że czytając je jedna za drugą, utraciłyby one swój czar.  I w taki oto sposób, tym razem nadeszła pora na „Najdłuższą podróż”. Przyznam otwarcie, że zabierając się za nią, nie miałam nawet najmniejszego pojęcia o czym jest najnowsza wyczarowana przez Sparksa historia. Po tym co napisałam wyżej, niczym Was już nie zaskoczę, jeśli stwierdzę, że nie zawiodłam się. Wręcz przeciwnie, podczas lektury „Najdłuższej podróży” nawet przez chwilę się nie nudziłam. Spodobało mi się to, że w jednej książce autor przedstawił dwie odrębne historie. Historie dwóch par, żyjących w innych czasach, pozornie nie mających ze sobą nic wspólnego. Czytając, ciągle zastanawiałam się w jaki sposób splotą się losy tych ludzi. Właściwie do ostatnich stron tkwiłam w niepewności, nie wiedząc, czy w opisywanych wydarzeniach nastąpi jakikolwiek przełom. Wydawało mi się to nie podobne do Sparksa, by w tak nijaki sposób poprowadzić zakończenie, dlatego im bliżej końca byłam, tym bardziej zdezorientowana i poirytowana się czułam. Zapewne domyślacie się już, że zakończenie nie okazało się klapą, prawda? 
 
Zdaję sobie sprawę, że wypowiadam się na temat tej książki bardzo oględnie. Mogłabym trochę przybliżyć bohaterów, zarysować fabułę, opowiedzieć o emocjach, dylematach i sprawach, których ta powieść dotyka. Mogłabym wspomnieć o kilku przemyśleniach, które naszły mnie podczas lektury. Jednak zdecydowanie bardziej pragnę Was po prostu zachęcić do lektury. Cieszę się, że czytając, nie znałam żadnych szczegółów. Teraz wiem, że w innym przypadku pozbawiłabym się części magii tej historii. „Najdłuższa podróż” to moim zdaniem obowiązkowa pozycja dla fanów Nicholasa Sparksa. A dla tych, którzy jeszcze z tym panem do czynienia nie mieli, z całą pewnością jest to dobra propozycja na początek. Nicholas Sparks pokazuje tutaj, że jest w szczytowej formie. Powieści Sparksa mają w sobie coś takiego, że zawsze podnoszą mnie na duchu. Zawsze. Nawet wtedy, gdy sama nie zdaję sobie sprawy z tego, że tego potrzebuję. Ukazują świat w lepszym świetle, zachęcają by przychylniej spojrzeć na swoją codzienność. Zdecydowanie są pożywką dla marzycieli, a ja bez wątpienia się do nich zaliczam. Jednakże mają one też swój minus, a mianowicie minus dla facetów - męscy bohaterowie wykreowani przez Sparksa mogą niechcący, acz znacząco wpłynąć na wzrost kobiecych wymagań ;)

Na koniec, nie byłabym sobą gdybym nie wspomniała o ekranizacji „Najdłuższej podróży”, która aktualnie gości w naszych kinach. Mając w pamięci inne udane filmy, powstałe na podstawie książek Sparksa i będąc pod wrażeniem tejże książki, wprost nie mogłam doczekać się aż obejrzę film. Pobiegłam zatem do kina jeszcze tego samego dnia, kiedy zakończyłam lekturę. Niestety był to duży błąd, strata czasu i pieniędzy. Film poza samymi bohaterami niewiele ma wspólnego z książką. Dawno już, siedząc w sali kinowej, nie czułam się tak zawiedziona i oszukana.


Czy zdecydujecie się obejrzeć film -  decyzja należy do Was. Jeżeli już go oglądaliście, chętnie dowiem się jakie są Wasze opinie.

Jedz, módl się, kochaj - Elizabeth Gilbert

jedz módl się kochajKsiążkę „Jedz, módl się, kochaj” zakupiła dla siebie moja mama. Było to mniej więcej cztery lata temu i wówczas uważałam, że jest to jak dla mnie zbyt kobieca i dorosła literatura. Obejrzałam natomiast film. Nie zrobił na mnie jakiegoś wielkiego wrażenia, ot taki sobie dosyć niezły film. Z czasem jednak, coraz częściej zdarzało mi się zerkać w stronę, stojącej na półce książki. Najwyraźniej dojrzałam i przekonałam się do tematyki, poruszającej kwestie poszukiwania siebie. Nastawiłam się na ciekawą i inspirującą lekturę, a czy ją otrzymałam?

Amerykańska dziennikarka, Elizabeth Gilbert  po trudnym rozwodzie i wielu zawirowaniach życiowych, które doprowadziły do jej rozchwiania emocjonalnego, postanowiła spędzić rok na próbie odnalezienia równowagi. Straciła w życiu poczucie sensu, zapragnęła na nowo się odnaleźć. Swoją podróż po świecie, ale i po własnym wnętrzu zaplanowała zatem na trzy etapy. Pierwsze miesiące spędziła we Włoszech, gdzie pragnęła poznać smak prawdziwej, niczym niewymuszonej radości. Zgłębiając język włoski i zajadając specjalności kuchni włoskiej, uczyła się korzystać z przyjemności. Następnie udała się do Indii, a konkretnie do aśramy, by odnaleźć spokój i ukojenie. Jej wyprawa zakończyła się pobytem w Indonezji, który miał służyć osiągnięciu równowagi, pomiędzy włoskim skupianiem się na przyjemnościach, a indyjską wymagającą medytacją. Swoje przeżycia i zmagania, związane z tą niezwykłą podróżą,  autorka opisała właśnie w książce „Jedz, módl się kochaj”.

Książka podzielona jest na trzy części, odpowiadające kolejnym etapom autorki. Tymczasem zanim przenosimy się do Włoch, Elizabeth Gilbert serwuje czytelnikowi całkiem szczegółowy opis swoich przeżyć. Nie byłoby w tym nic dziwnego, poniekąd stanowi to wyjaśnienie jej motywacji do odbycia takiej podróży. Rozwód z całą pewnością nigdy nie jest czymś przyjemnym. Jednakże w tym przypadku odnosiłam wrażenie, jak gdyby autorka usilnie starała się pokazać jak dużo w jego trakcie wycierpiała i jak bardzo dramatyczny był jej późniejszy związek. Pozornie zakończywszy ten temat, w miarę upływu stron wracała do niego raz za razem. Nie spodobało mi się, że mimo próby ukształtowania się na nowo, cały czas rozdrapywała stare rany. Niekiedy zdarzało mi się myśleć, że z tej pani Elizabeth musi być niezła egoistka. Rozumiem, że książka z założenia miała być poświęcona jej osobistym przeżyciom.  Niemniej jednak, moim zdaniem powinna poświęcić więcej uwagi odwiedzanym przez siebie wspaniałym i tak bardzo różnorodnym miejscom, zamiast zamęczać czytelnika po raz wtóry tymi samymi przemyśleniami. Zdecydowanie najsłabiej pod tym względem wypada część poświęcona Indiom. Relacja z pobytu w Italii i Indonezji była całkiem niezła, pokazywała różne aspekty pobytu w tych miejscach. Dowiedziałam się dzięki temu kilku ciekawych rzeczy. Natomiast, czytając o Indiach, mówiąc szczerze wynudziłam się i męczyłam, żeby przez to przebrnąć. Zdaję sobie sprawę, że pobyt w aśramie nie należy do najbardziej ekscytujących rzeczy. Mimo to, Indie są tak bogatym kulturowo krajem, że warto byłoby nieco urozmaicić swoją opowieść. Zamiast tego, otrzymujemy monotonny opis próby osiągnięcia doskonałości w medytacji i całe mnóstwo metafor, które zdaniem autorki pewnie miały przybliżyć czytelnikowi jej przeżycia. Jak gdyby autorka nie potrafiła w pigułce uchwycić istoty, skądinąd ciekawego tematu jakim jest medytacją i  tylko nieustannie wokół niego krążyła. 

Odchodząc jednak od negatywnych stron tej książki, muszę stwierdzić, że nie była to wcale aż taka kiepska lektura! Wydaje mi się, że spodziewałam się po niej czegoś innego, mimo to nie uważam czasu, który jej poświęciłam za zmarnowany. Jest to po prostu lekka lektura i choć nie wnosi ona zbyt wiele do naszego życia, jest pozytywna w swoim wydźwięku i koniec końców, niektóre jej fragmenty napawają optymizmem. Jeśli czujecie się zainteresowani tą książką, warto spróbować, nawet jeśli podobnie jak mnie nie powali Was ona na kolana, jest szansa, że całkiem nieźle wypełni kilka słonecznych, letnich popołudni. 

Ostatecznie jesteśmy tym, co myślimy. Nasze emocje są niewolnikami naszych myśli, a my jesteśmy niewolnikami naszych emocji.

Bóg nigdy nie mruga - Regina Brett

„Bóg nigdy nie mruga” Reginy Brett to książka, która zawojowała rynek, niemalże natychmiast odkąd się na nim pojawiła. Na początku jakoś szczególnie nie przyciągnęła mojej uwagi, dopiero po jakimś czasie gdy zaczęłam widzieć ją dosłownie wszędzie i zorientowałam się, że sporo moich znajomych czyta ją i zachwala, zaczęłam się zastanawiać na czym polega jej fenomen. Kilkakrotnie brałam ją do ręki, będąc w księgarni i czytałam któryś z felietonów, ale wciąż nie byłam do niej przekonana. Ostatecznie zdecydowałam się podarować ją mojej mamie w prezencie gwiazdkowym (…również z myślą o sobie, ale ciii!). Podkradłam ją mamie, przeczytałam… i mogę Wam od razu powiedzieć, że to był naprawdę świetny pomysł na prezent ;)

Regina Brett dość późno odnalazła swoje powołanie jakim okazało się dziennikarstwo. Wcześniej próbowała wielu rzeczy, ale nic nie przynosiło jej satysfakcji. W życiu spotkało ją wiele przeszkód i przeciwności losu. W młodym wieku została samotną matką. Później zachorowała na raka. Szczęśliwe chwile przeplatały się z tymi złymi, miała wiele okazji by się załamać. Wielokrotnie wątpiła w sens wszystkiego, mimo to nie poddała się. Nauczyła się walczyć z przeciwnościami i doceniać wszystkie dobre momenty w życiu. Właśnie tym, czego nauczyło ją życie dzieli się poprzez swoje felietony. Każdy z nich dotyczy czegoś innego, zawiera w sobie jakąś konkretną nauczkę. W niektórych autorka opowiada historyjkę ze swojego życia, w innych wspomina o osobach, które kiedyś poznała; mówi o swoich przyjaciołach, rodzinie.

Bardzo spodobało mi się to, że autorka nie stara się moralizować i na siłę przekonywać do swoich racji. Ona tylko dzieli się swoimi obserwacjami i przemyśleniami, zachęca do zmiany swojej postawy na bardziej pozytywną. Prawdy, które przedstawia czasami są tak banalne, że uświadomienie ich sobie wywołuje wręcz śmiech. O ironio, człowiek często ma największy problem ze zrozumieniem najprostszych rzeczy i mechanizmów w życiu. Niektóre rzeczy są niesamowicie proste i to tylko ludzie sami sobie wszystko komplikują. Zapominamy o tych wszystkich krótkich chwilach, które składają się na nasze życie. Dlaczego nie możemy docenić go takim jakie jest? Oczywiście warto, a wręcz trzeba marzyć, ale musimy przy tym pamiętać, że sami jesteśmy odpowiedzialni za realizację naszych marzeń. Zabiegani, wiecznie czymś zajęci często zapominamy, albo wręcz odrzucamy najważniejsze sprawy. Ciągle coś musimy; musimy iść do pracy, musimy zapłacić rachunki, musimy iść na zakupy. Bywa tak, że całą naszą codzienność sprowadzamy do wypełniania niekończącej się listy obowiązków. Ale czy rzeczywiście musimy to wszystko robić? Przecież my możemy to robić! Czy mówiąc, że możemy coś zrobić, gdzieś pójść etc. czujemy się przytłoczeni? Nie! Dlaczego więc często sami się do wszystkiego „zmuszamy”? Właśnie tego dotyczy jedna z pierwszych lekcji w tej książce.

Regina Brett porusza w swoich tematach bardzo różnorodne tematy to sprawia, że rzeczywiście jest to książka dla każdego. Naprawdę każdy znajdzie tu coś dla siebie, odnajdzie się w którejś z opowiedzianych historii. Czytając niektóre z felietonów, czułam się tak jak gdyby autorka opisywała mnie, z jej pomocą mogłam przeanalizować część siebie, zastanowić się i wyciągnąć wnioski na przyszłość.

Oczywiście trzeba tutaj wspomnieć, że autorka często w swoich felietonach odwołuje się do Boga i sfery religijnej, zresztą sugeruje to już sam tytuł. Przyznam się, że felietony poświęcone w większej mierze religii podobały mi się odrobinę mniej, mimo to również chętnie je przeczytałam. To, że autorka nawiązuje do religii wynika tylko i wyłącznie z tego, że odgrywa ona ważną rolę w jej życiu i opisując swoje doświadczenia zwyczajnie nie mogła jej pominąć. Mimo to robi to w bardzo subtelny sposób, od razu można odczuć, że potrafi oddzielić swoje przekonania od przekonań czytelnika. To również doskonale świadczy o tym, że jest to książka dla każdego. W końcu mimo różnic, które dzielą wszystkich ludzi, bardzo często spotykamy się z podobnymi problemami.

Mogłabym tu napisać o całym mnóstwie kwestii, które zostały poruszone w „Bóg nigdy nie mruga” i wierzcie mi, zrobiłabym to z miłą chęcią. Mogłabym też dodać multum cytatów, bo najpewniej nie byłabym w stanie ograniczyć się zaledwie do dwóch, albo trzech. Ale po co? Lepiej zrobię odsyłając Was do tej książki a na ostateczną zachętę dodam, że ja już rozglądam się za kolejną książką Reginy Brett pt. „Jesteś cudem" ;)

7 razy dziś - Lauren Oliver

Zawsze należałam do osób, które wszystko za bardzo analizują i wielu rzeczom przypisują zbyt duże znaczenie. Gestom, słowom, czynom… Ile to razy zamartwiałam się tym, że źle postąpiłam. Nieważne, czy rzeczywiście popełniłam błąd, czy było to tylko moje mylne odczucie, wiele razy marzyłam o tym by móc cofnąć się w czasie i to naprawić. Jednakże nie o cofaniu się w czasie opowiada Lauren Oliver w swojej debiutanckiej książce „7 razy dziś”, a o drugich szansach i naprawianiu własnych błędów. Główną bohaterką książki jest Sam Kingston, uczennica dość typowego amerykańskiego liceum. Popularna i lubiana, wraz ze swoimi trzema najlepszymi przyjaciółkami cieszy się specjalnymi względami w szkolnej społeczności. Dziewczyny pozwalają sobie na różne wybryki i nieodpowiednie zachowania, które zawsze uchodzą im płazem. Nie liczą się ze słowami. Robią co chcą, nawet jeśli mogą w ten sposób kogoś skrzywdzić. A ich zainteresowania sprowadzają się głównie do zakupów, chłopaków i dobrej zabawy. Tak mniej więcej upływa życie Sam, aż do feralnej imprezy, która kończy się poważnym wypadkiem samochodowym. Tymczasem następnego ranka Sam jak gdyby nigdy nic budzi się w swoim własnym łóżku. Problem pojawia się gdy ze zdziwieniem odkrywa, że to wcale nie jest następny dzień…

Pierwszą rzeczą, która skłoniła mnie do sięgnięcia po tę książkę, było nazwisko autorki. Mając cały czas w pamięci trylogię Delirium, która bardzo mi się podobała, byłam pewna, że i tym razem się nie zawiodę, biorąc przy okazji pod uwagę całkiem ciekawą fabułę. Jakie było moje zdziwienie, gdy po raz pierwszy sięgnęłam po nią i nie przebrnęłam nawet przez 1/3, bo zwyczajnie mnie znudziła. Stała więc na półce i czekała na zlitowanie, aż do ubiegłego tygodnia kiedy to wreszcie postanowiłam dać jej drugą szansę. Stwierdziłam, że muszę ją przeczytać, choćby nie wiem co! 

„7 razy dziś” to książka napisana prostym i nieskomplikowanym językiem. Wypowiedzi bohaterów, a w szczególności czterech dziewczyn aż proszą się o to, żeby je trochę rozwinąć, po to by nadać im więcej osobowości, o charakterze nie wspominając. Jednak nie to uznaję za największą wadę tej książki. Zdecydowanie jest nią jej monotonność. Myślę, że powiedzieć o tej książce, że jest nudna, to za dużo. Książka nudna w moim przekonaniu ma kiepską fabułę, albo wręcz jej brak. W tym przypadku jest inaczej. Moim zdaniem autorka miała ciekawy zamysł, ale zabrakło tutaj dopracowania; różnych smaczków, które dodałyby jej trochę wyjątkowości. Niestety przez większą część książka jest zwyczajnie monotonna, zbyt wiele sytuacji się powiela, akcja zbyt wolno postępuje do przodu. Tak, tak, zdaję sobie sprawę, że takich „efektów ubocznych” można było się spodziewać w przypadku historii, w której główna bohaterka kilkukrotnie przeżywa ten sam dzień. Wydaje mi się jednak, że kilka elementów spokojnie dałoby się doszlifować. 

Wystarczy już tego narzekania, czas przejść do mniej krytycznej części. W końcu, nie wiem jak jest z Wami, ale w moim przypadku język powieści nigdy nie decyduje o ostatecznej ocenie książki. Owszem jest on istotnym walorem, ale nie najważniejszym. A tym z kolei jest jej treść. Czasami bowiem zdarza się tak, że napisana nawet najbardziej prozaicznym językiem powieść, może zapaść nam w pamięć na zawsze. Hasła zamieszczane w opisach książek, takie jak przemijanie, podróże w czasie, drugie szanse etc. bardzo często działają na mnie jak magnes. Sama tematyka nie wystarczy jednak, by wkupić się w moje łaski. Niezbędne są jeszcze odpowiednie emocje, które owa historia we mnie wywoła. Po przeczytaniu wielu pozytywnych opinii na temat „7 razy dziś”, spodziewałam się, że będzie to jedna z „tych” książek. I tutaj niestety trochę się zawiodłam. Wszystko było dobrze do pewnego momentu. Przemiana Sam była całkiem wyraźnie widoczna, całość zaczynała prezentować się coraz lepiej , aż nagle bach!, odniosłam wrażenie jakby ktoś cofnął taśmę i głównej bohaterce umknęły wszystkie wnioski, do których zdążyła dojść. Fakt jest taki, że nie zapałałam sympatią do tych czterech przyjaciółek. Głównie ze względu na ich zachowania, których ja totalnie nie toleruję i uważam, że absolutnie nie można dla tego typu zachowań znaleźć jakiegokolwiek usprawiedliwienia. Jasnym punktem w gronie bohaterów, był moim zdaniem jedynie Kent, który rzeczywiście był ciekawą postacią i żałuję, że poświęcono mu tak niewiele uwagi. A to wszystko doprowadziło do zakończenia, które w moim odczuciu było po prostu średnie. 

Miało być mniej krytycznie, wyszło jak wyszło i to chyba najlepiej wskazuje na to jak mieszane są moje odczucia po tej lekturze. Nie chciałabym Was zniechęcić do tej książki, bo możliwe, że Wy doszukacie się w niej tego, czego mi zabrakło i ocenicie ją zupełnie inaczej. Ja nie żałuję, że ją przeczytałam, nie najgorzej wypełniła mi czas. Na pewno też zmodyfikowałam swoje zdanie na jej temat, które wyrobiłam sobie po pierwszym podejściu. Jednak decyzję o sięgnięciu po tę pozycję pozostawiam Wam.

Studnia wieczności - Libba Bray

Tytuł oryginału: The Sweet Far Thing
Trylogia: Magiczny Krąg
Część: 3
Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
Stron: 758

Tak jak wspominałam już w recenzji „Zbuntowanych aniołów”, wobec finalnego, kończącego gotycką trylogię, tomu miałam spore oczekiwania. Czy Libbie Bray udało się je spełnić? 

Gemma, wraz z przyjaciółkami nie odwiedzały Międzyświata od czasu wydarzeń, które miały miejsce podczas Bożego Narodzenia. Odkąd Kirke została uwięziona, cała magia świątyni skupiła się w Gemmie. Na barki dziewczyny spada więc ogromny ciężar podjęcia decyzji, dotyczącej rozporządzania mocą. Tymczasem w Akademii dla młodych dam Spence rozpoczyna się odbudowa wschodniego skrzydła. Wielkimi krokami zbliża się także debiut, kiedy to bohaterki ukłonią się przed królową, tym samym wkraczając w dorosły świat…

Do „Studni wieczności” podeszłam z pewną dozą wątpliwości, ale też sporą ciekawością jak zakończą się losy dziewczyn. „Czy znajdą szczęście i miłość, czy uda im się uratować Międzyświat?” - myślałam. Oczekiwałam równie zaskakujących momentów, jak w poprzedniej części. Niestety muszę przyznać, że trochę się pod tym względem zawiodłam. Czytając, chwilami odnosiłam wrażenie, jak gdyby cała akcja została za bardzo rozciągnięta. W końcu po 750 stronach lektury człowiek spodziewa się raczej intensywnych doznań, niestety tutaj przerwy pomiędzy ważnymi wydarzeniami były jak dla mnie zbyt duże. W pewnym momencie zaczęły mnie też odrobinę męczyć ciągłe rozważania Gemmy na temat tego jak ma rozwiązać sprawę Międzyświata, ciągle powielana była ta sama kwestia. Brakowało mi nowości. Owszem pojawiła się na przykład tajemnicza dama w lawendowej sukni ukazująca się w wizjach Gemmy, lecz zabrakło mi tutaj takich podpowiedzi jakie znalazły się w „Zbuntowanych aniołach”. Tam cały czas pozostawała tajemnica, jednak co rusz pojawiały się nowe wskazówki i niuanse, które pobudzały ciekawość i powodowały kolejne domysły, koniec końców prowadząc do zaskakującej prawdy. Smaczku z kolei dodawały wizyty Gemmy w szpitalu dla umysłowo chorych i spotkania z Nell Hawkins, a także to, że w przeciwieństwie do „Studni wieczności” tam akcja w dużej mierze toczyła się w Londynie, gdzie można było w pełni pozwolić się urzec tej dziwnej, lecz fascynującej aurze czasów wiktoriańskich. Na szczęście w „Studni wieczności” nie zabrakło ciętego języka i ironii, czego przykład macie poniżej. Nie lada gratkę stanowi również opis nauki jazdy na rowerze uczennic. Nieźle się przy tym uśmiałam. W tym miejscu odsyłam Was do kolejnego cytatu. Na uwagę zasługuje oczywiście także rozwijająca się sympatia pomiędzy Kartkiem a Gemmą. Momenty z udziałem ich obojga były naprawdę wyjątkowe a nie ukrywam, że czekałam na kontynuację tego wątku.

Wygląda na to, że „powiedzcie szczerze” to starannie zaszyfrowana wiadomość, oznaczająca „kłamcie za wszelką cenę”. Muszę to sobie zanotować. Często odnoszę wrażenie, że istnieje jakiś elementarz dotyczący tego, co jest uprzejme i co przystoi damie , a ja go po prostu jeszcze nie opanowałam.

Mimo, że książka jest bardzo obszerna większość wątków skupia się na Międzyświecie i przyznam, że średnio mi się to podobało. Chyba już wyrosłam z opowieści o takich baśniowych krainach i stworach. Nie jestem pewna dlaczego, ale czytając kilka razy nasunęło mi się skojarzenie z Narnią. Podobne idee, podobne przesłanie. Pozostaje jeszcze zakończenie… Będę szczera - nie podobało mi się. Ta część może i jest bardziej dojrzała, ale za taką dojrzałość to ja akurat serdecznie dziękuję (kto czytał, ten wie co mam na myśli). Najwyraźniej jednak, autorka uznała taki finał za najodpowiedniejszy. 

Nie chodzi mi o to, że „Studnia wieczności” to kiepska książka. Wcale nie! Dobrze mi się ją czytało, jednak zwyczajnie trochę zabrakło mi w niej tego za co tak polubiłam całą trylogię. Bywało też, że irytowały mnie zachowania głównych bohaterek. W jednej chwili martwiły się swoimi problemami, a już w następnej śpiewały i tańczyły w Międzyświecie, a wszystkie ich troski gdzieś ulatywały i stawały się wtedy dokładnie takie jak ich rówieśniczki, które one same krytykowały za ich pustkę w głowie i uległość. Poza tym odnoszę wrażenie, że wydarzenia, które miały miejsce w poprzednich częściach były po prostu ciekawsze. Plusem jest to, że styl autorki jest tak dobry że pomimo tylu stron i kilku detali, które mi się nie spodobały, podczas lektury ani razu nie poczułam się znudzona i cały czas z zainteresowaniem zagłębiałam się w przygody trzech dziewczyn, z którymi zdążyłam się już „zaprzyjaźnić” podczas lektury poprzednich części.

Nigdy w życiu nie widziałam roweru z bliska. Przypomina metalowe S z dwoma kołami i poprzeczką do kierowania. A to siodełko! Wydaje się o wiele za wysoko, żeby można było na nim usiąść.

Myślę, że gdyby autorka nie starała się za wszelką cenę przedłużać losów bohaterek i nie zapragnęła wpleść nuty moralizatorskiej w swoją opowieść, czego jak dotąd nie zwykła robić, nic bym jej nie zarzuciła. „Studnia wieczności” zdecydowanie jest godnym i wartym uwagi zakończeniem cyklu i proszę Was, nie sugerujcie się zbytnio moim zdaniem, jeśli wahacie się czy po nią sięgnąć. Naprawdę warto poznać dalsze losy Gemmy, Ann, Felicity a także Kartika i pozostałych postaci. Mimo, że do kilku kwestii się przyczepiłam, miło spędziłam czas z tą książką i tak też będę wspominać całą trylogię „Magiczny krąg”, która z pewnością jest pod wieloma względami niepowtarzalna. A gdy tylko nadarzy się ku temu okazja, z chęcią poznam również inne historie, które wyszły spod pióra Libby Bray.


*Cytaty pochodzą ze strony: 22 oraz 108 



Pandemonium - Lauren Oliver

Tytuł oryginału: Pandemonium
Wydawnictwo: Otwarte
Stron: 376   

Gdy skończyłam czytać tą książkę, pierwszym co mi przyszło na myśl było: Wow!! Wstrząsnęła mną do tego stopnia, że nie było mnie stać na żaden bardziej rozwinięty komentarz. Z drugiej strony nadal uważam, że to jedno przeciągłe łaaaał! najlepiej wyraża moje odczucia na temat „Pandemonium”. 

Latem ubiegłego roku przeczytałam pierwszą część tej serii - „Delirium” (recenzja). Bardzo spodobała mi się historia stworzona przez Lauren Oliver, jednak nie zawładnęła mną tak jak tego oczekiwałam i kilka rzeczy miałam jej do zarzucenia. Wszystko jednak w pewnym sensie wynagrodziło mi zakończenie, które było zarówno najgorszą, jak i najlepszą rzeczą z tej książki. Z jednej strony miałam ochotę udusić autorkę, natomiast z drugiej, nie miałam już jakichkolwiek wątpliwości, czy czytać kolejną część. I bardzo dobrze! Bo chyba nie wybaczyłabym sobie, gdybym nie sięgnęła po „Pandemonium”!

UWAGA! W dalszej części recenzji pojawią się informacje dotyczące zakończenia poprzedniej części, dlatego osobom, które jeszcze jej nie czytały i nie chcą psuć sobie przyjemności z czytania, proponuję ją ominąć. ;)

Po tragicznej w skutkach ucieczce Leny i Aleksa z Portland, dziewczyna znajduje schronienie u grupy Odmieńców, chroniących się w azylu ukrytym w Głuszy. Spotyka się tam ze zrozumieniem, stopniowo udaje jej się zdobyć kilka przyjaźni i cały czas próbuje przyzwyczaić się do swojego nowego życia, z dala od wszelkich wygód, z dala od rodziny. Nie potrafi jednak zapomnieć o Aleksie… o chłopaku, który wprowadził zamęt w jej życie, stał się przyczyną jej przemiany… o miłości, dla której zdecydowała się uciec. Lena w krótkim czasie musi na nowo nauczyć się radzić sobie z otaczającą ją rzeczywistością, która tak diametralnie różni się od tej, którą znała przez całe swoje życie. 

Miłość. Gdy tylko wpuścisz do swojego serca to słowo, gdy tylko pozwolisz mu zapuścić korzenie, rozprzestrzeni się jak grzyb we wszystkich zakamarkach twojej duszy - a wraz z nim pytania, drżące, pączkujące lęki, które sprawią, że nigdy nie zaznasz spokoju.

Czytając „Delirium” miałam w stosunku do Leny mieszane uczucia. Wówczas denerwowała mnie jej uległość, ale gdy patrzę na to teraz, dostrzegam, że dzięki temu tak bardzo zauważalna stała się jej przemiana wewnętrzna, która rozpoczęła się już wtedy, a dopełniła w „Pandemonium”. W tej części Lena sama o sobie mówiła, że stała się zupełnie inną osobą. Z zastraszonej, skromnej, cichej i pokornej obywatelki przekształciła się w silną i twardą wojowniczkę o wolność, jakkolwiek patetycznie by to nie zabrzmiało, tak właśnie było. Dopiero teraz w pełni doceniłam historię stworzoną przez Lauren Oliver. Historię, która jest bardzo dobrze przemyślana i zaplanowana. W niektórych seriach jest tak, że każda kolejna część różni się praktycznie tylko tym co spotyka głównych bohaterów. Tutaj zmieniło się wszystko, nawet rozdziały są inaczej skonstruowane. Książka została podzielona na następujące po sobie rozdziały „Wtedy” i „Teraz”. Jest to o tyle ciekawy zabieg, że dodatkowo buduje napięcie i zaostrza ciekawość czytelnika. Czytając, poznajemy naraz dwie historie: "Wtedy" opowiada o pierwszych chwilach Leny w Głuszy, natomiast „Teraz” o jej działalności w ruchu oporu. 

„Pandemonium” to także zupełnie nowi bohaterowie. Mamy tu na przykład Raven, młodą stanowczą przywódczynię grupy mieszkańców Głuszy, do której trafia Lena; twardziela Tacka a także Juliana, szefa młodzieżówki AWD (Ameryka Wolna od Delirii). To właśnie z tym ostatnim splotą się losy głównej bohaterki. 


I znowu wraca kwestia zakończenia „Delirium”. Dla mnie było ono prawdziwym szokiem, zwłaszcza, że Aleksa bardzo polubiłam. Myślę, że nikt nie spodziewał się takiego finału (brawa dla tego, kto jednak się domyślił). Zupełnie nie pasowało mi do konwencji tego rodzaju książek. Do tej pory pamiętam jak myślałam: „Co? To nie może być prawda! Ja w to nie wierzę!” I wiecie co? Nie uwierzyłam. Po prostu nie przyjęłam tego do wiadomości, nawet gdy zaczęłam już czytać „Pandemonium”. Hmm… nie wiem co mogę napisać na temat zakończenia tej książki, bo najchętniej opowiedziałabym Wam dokładnie ze szczegółami wszystko to, co wydarzyło się w drugiej połowie, a zatem żeby Was przed tym uchronić, nie powiem nic. ;) Nie zdradzę, czy mi się podobało, czy nie. Czy mnie zaskoczyło, czy nie. Chętnie pogadam o tym z kimś, kto ma już tę książkę za sobą, ale wszystkim innym powiem tylko, że nie mogę doczekać się kolejnej części, czyli „Requiem”. Niestety trochę trzeba będzie na nią poczekać, bo jej premiera w USA zapowiedziana jest dopiero na 5 marca 2013. A ja nie wiem jak wytrzymam do tego czasu…!

Gwoli ścisłości dodam tylko, że bardzo mnie cieszy fakt, że wydawnictwo zdecydowało się odrobinę zwiększyć czcionkę.

Czy potrzebne jest jeszcze jakieś podsumowanie? Myślę, że wyraziłam się całkiem jasno. A jeśli nie to: polecam, polecam i  jeszcze raz polecam! :)


Cytat pochodzi ze strony 369.

Delirium
Delirium | Pandemonium | Requiem
Cyrk nocy - Erin Morgenstern

Cyrk nocy - Erin Morgenstern

Tytuł oryginału: The Night Circus
Wydawnictwo: Świat Książki
Stron: 429

Długo nie mogłam zabrać się za pisanie tej recenzji. Chciałam to zrobić najlepiej jak tylko potrafię, lecz nie miałam pojęcia jak zacząć. Zresztą nadal nie wiem. „Cyrk nocy” jest bowiem jedną z najbardziej wyjątkowych książek, jakie w swoim życiu miałam okazję przeczytać i choć od dobrych kilku dni zastanawiam się nad tą recenzją, nadal nie wiem jak mogłabym oddać wartość tego dzieła. A warto od razu zaznaczyć, że należą mu się wszelkie słowa uznania...

Zaczynając czytać, nikt nie pyta czy masz ochotę zajrzeć do tego magicznego cyrkowego świata. On sam Cię przyzywa, przyciąga hipnotyzuje i ani się obejrzysz spacerujesz po ścieżkach tego czarno-białego cyrku, pełnego magii i niewytłumaczonych zjawisk. Miejsca, które zdaje się być oderwane od reszty świata, żyć własnym życiem. Cyrk pojawia się i znika nie wiadomo kiedy i skąd, a w jego progi można udać się tylko po zmroku. To tam toczy się niecodzienna rozgrywka, z której istnienia początkowo nie zdają sobie sprawy nawet jej uczestnicy. Le Cirque des Reves jest jedyny w swoim rodzaju, a wizyta w nim może odmienić Cię na zawsze.


Jeżeli ktoś czytał już „Cyrk nocy”, wie jak trudno jest oddać swoje wrażenia po przeczytaniu tej książki. Trafia w najczulsze miejsce i nie daje o sobie zapomnieć. Nie mogę wyjść z podziwu dla wyobraźni Erin Morgenstern. Jej debiutancka powieść wręcz mami czytelnika swą doskonałością, do tego stopnia, że gdy coś okaże się dla niego niejasne, będzie bardziej skłonny zwalić to na karb swojej ignorancji i niewiedzy, niż zarzucić błąd pisarce. Autorka zadbała o to, by atmosfera tajemnicy i magii nie opuszczała czytelnika do samego końca. Stworzyła zarazem niesamowitą i przedziwną historię, w której mieszają się wszelkiego rodzaju doznania. Wyobraźnia pracuje na najwyższych obrotach, a Ty czujesz się tak jakbyś razem z uroczymi Gizmo i Szkrabem zajadał się myszami z czekolady. Innym razem oglądasz występ iluzjonistki Celii, by zaraz potem towarzyszyć Marco, w tworzeniu nowych niesamowitych atrakcji, a gdy noc dobiega końca pragniesz, by jak najszybciej nastał zmierzch. Czytając, zostajesz wciągnięty w ten niesamowity świat, w którym nic nie jest takie jakim się wydaje. Zło może być dobrem, dobro złem, a wszystko jest równie piękne. Nie wiadomo, po której stronie leży granica między rzeczywistością a magią, nie wiadomo czy taka granica w ogóle istnieje…



Pisząc, o „Cyrku nocy” nie można nie wspomnieć, o kunszcie pisarskim pani Erin Morgenstern. Akcja powieści toczy się w XIX wieku, a czytając można odnieść wrażenie jak gdyby, cała książka przybyła do nas właśnie z tamtego okresu. Jak gdyby była już od dawna klasykiem literatury. Aż chciałoby się zapytać dlaczego tak mądrej i wspaniałej lektury nie omawia się w szkołach. Niesamowite jest także to, że „Cyrk nocy” choć jest powieścią zawiłą, wręcz wielowątkową, koniec końców zamyka się w tak spójną całość, jak mało, które opowieści. A dobiegając w napięciu do ostatnich stron, pojmując na nowo wiele rzeczy ma się ochotę zacząć od początku, by zwrócić uwagę na niuanse, których wcześniej się nie dostrzegło.


Wszystkich Was i każdego z osobna zachęcam do sięgnięcia po „Cyrk nocy”. Każdy na pewno wyniesie z tej lektury coś innego, każdy inaczej ją zinterpretuje. Jedno jest pewne, okładka choć przepiękna, opis choć zachęcający… nic nie jest w stanie w pełni oddać klimatu Le Cirque des Reves. Myślicie sobie pewnie teraz, o czym jest ta książka, co w niej takiego znajdziecie. Wiecie, że będzie pojedynek. Owszem, jednak z pewnością nie taki jakiego się spodziewacie. Miłość? Można pomyśleć: to już przecież było. O nie. Miłość, z którą się tu spotkacie będzie jedyna w swoim rodzaju. 


A więc, czy jesteście gotowi przeżyć przygodę? Jeśli tak, udajcie się zatem w progi Le Cirque des Reves i pozwólcie się na każdym kroku zaskakiwać. Ja sama jestem pewna, że w przyszłości ponownie zagłębię się w tę historię i w głębi duszy już cieszę się, na myśl o ponownym spotkaniu z bohaterami, którzy choć tajemniczy, stali mi się tak bliscy.

Metamorfozy Marilyn Monroe - David Wills

Od nieśmiałej dziewczyny z fabryki samolotów do ikony popkultury i symbolu seksu.

Przyznam szczerze, że nie całkiem rozumiem fenomen Marilyn Monroe. Moim zdaniem była normalną dziewczyną, której wizerunek gwiazdy został od początku do końca wykreowany. Począwszy od makijażu i fryzury, a na operacjach plastycznych i zmianie nazwiska skończywszy. Przypuszczam, że dzisiaj ze swoją urodą nie osiągnęłaby takiego sukcesu. Widziałam tylko jeden film z jej udziałem - „Pół żartem, pół serio”. Świetnie się bawiłam oglądając go, ale rolę Marilyn równie dobrze dla mnie mogłaby zagrać inna aktorka. Spodziewałam się, że po obejrzeniu jej w filmie, choć po części zrozumiem o co wokół niej tyle szumu. Tak się jednak nie stało. Za to Tony Curtis i Jack Lemmon praktycznie stworzyli ten film i byli w nim rewelacyjni.

Nie jest też tak, że mam coś przeciwko Marilyn Monroe. Szanuję ją ale nie jestem pewna skąd wokół niej tyle szumu. Potrafię zrozumieć, że w tamtych czasach stała się sławna, ale czy gdyby nie umarła w tak młodym wieku, dzisiaj tak samo by o niej mówiono, czy byłaby tak samo kultowa? Nie wydaje mi się. Być może jej kariera potoczyłaby się dalej tym samym torem, ale może niedługo by się skończyła? Nie wiadomo, ale byłaby wtedy jedną z wielu, gwiazdą, która rozbłysła jasno i gwałtownie, ale nagła zgasła. Marilyn bała się starości, jest o tym mowa w cytatach zamieszczonych w książce. Zastanawiała się nad tym, czy nie lepiej byłoby umrzeć młodo. W pewnym sensie osiągnęła to czego pragnęła. Pozostała na zawsze młoda.
A kim tak naprawdę była Marilyn? Marzyła o karierze, ale w pewnym sensie to właśnie kariera ją złamała. Z tym, że nie tylko ją to spotkało.

Czasami myślę sobie, że łatwiej byłoby uniknąć starości, umrzeć młodo, ale wtedy życie byłoby niekompletne, prawda? Nigdy nie poznałbyś się w pełni.
                                                                                                      - Marilyn Monroe

Właśnie dlatego czasami odnoszę wrażenie, że ludzie uwielbiają ją dzisiaj, ponieważ kiedyś była uwielbiana. Z drugiej strony rozumiem ludzi, którzy interesują się jej osobą. Każdy ma jakichś swoich idoli, w których dostrzega coś więcej niż pozostali i doskonale wie z jakich powodów uwielbia tę a nie inną osobę. Poza tym z programów dokumentalnych poświęconych Marilyn, które kiedyś obejrzałam, a teraz także po zapoznaniu się z tą książką domyślam się, że musiała być wyjątkową osobą skoro tyle znanych osób wypowiada się o niej w samych superlatywach. Cytaty, które zostały zebrane w „Metamorfozach” czasami wydawały mi się aż nad to przesłodzone. Wszystko wskazuje na to, że najwyraźniej miała w sobie to „coś”, czym wywierała na ludziach takie a nie inne wrażenie. Nie można trafnie ocenić osoby, znając ją tylko ze zdjęć i filmów, to Ci, którzy poznali ją osobiście mogą powiedzieć coś na jej temat. W taki właśnie sposób próbuję sobie wytłumaczyć fenomen Marilyn Monroe choć chyba na zawsze pozostanie ona dla mnie zagadką. 

Wreszcie coś na temat samej książki. Jest ona przepięknie wydana. Można by rzec, że jest wręcz elegancka, ekskluzywna. Wszystko w niej jest wyważone. Doskonale skomponowane. Zdjęcia na całych stronach, do tego wypowiedzi osób znających Marilyn, lub jej samej. Jedynymi dłuższymi tekstami są wstęp od autora i posłowie zawierające ostatni wywiad jakiego udzieliła Marilyn (swoją drogą intrygujący). Dużą przyjemnością było dla mnie przeglądanie tego albumu, więc nawet nie wyobrażam sobie jaką gratkę może to stanowić dla fanów Marilyn. Album podzielony jest na 5 etapów z życia Marilyn. Obserwujemy jak dojrzewa. Najpierw widzimy nastolatkę dopiero wkraczającą w świat Hollywood, kończąc na dojrzałej gwieździe.

Zbliża się czas świąt. Może i Wy macie w swoim najbliższym otoczeniu wielbiciela Marylin? Jeśli tak, upominek w postaci tej książki sprawdzi się doskonale. Dla fanów satysfakcja gwarantowana ;)


Książkę możecie zakupić TUTAJ
Pretty Little Liars. Bez skazy - Sara Shepard | Trailer Safe haven

Pretty Little Liars. Bez skazy - Sara Shepard | Trailer Safe haven

Tytuł oryginału: Pretty Little Liars. Flawless
Wydawnictwo: Otwarte 
Stron: 320

Swoje zdanie na temat serii Pretty Little Liars całkiem jasno wyraziłam już w recenzji jej pierwszej części (możecie ją przeczytać TUTAJ) a po przeczytaniu drugiej części nie uległo ono zmianie, więc nie zamierzam się niepotrzebnie powtarzać i tym razem będzie krótko ;)

A. nadal prześladuje Spencer, Hannę, Arię i Emily. Wygląda na to, że zna wszystkie ich sekrety. W dodatku zaczyna coraz bardziej ingerować w ich sprawy prywatne. Życie każdej z nich coraz bardziej się komplikuje. Jakby tego było mało do Rosewood wraca Toby, a to nie może oznaczać niczego dobrego…

Po raz kolejny losy Spencer, Hanny, Arii i Emily skutecznie oderwały mnie od jakichś tam moich osobistych „zawracaczy” głowy. Książkę podobnie jak poprzednią czytało się lekko i przyjemnie, jednak intryga zdecydowanie zaczyna się zagęszczać, a bohaterki stają się bardziej wyraziste. Choć tej serii nie można uznać za literackie arcydzieło, jest to niewątpliwie świetne czytadło w najlepszym tego słowa znaczeniu. Zaczynam dostrzegać też coraz więcej różnic między książkami a serialem, ale czy to tak naprawdę ważne? Liczy się, że historia jest ciekawa zarówno w jednym wydaniu, jak i w drugim!

Od przeczytania pierwszej części zdążyłam już trochę zatęsknić za czterema kłamczuchami, bo z 13 odcinkami serialu, które zostały mi do obejrzenia, postanowiłam zaczekać do przerwy świątecznej, gdy bez przeszkód będę mogła fundować sobie kilkuodcinkowe seanse. Żałuję, że na mojej półce, póki co, nie czeka jeszcze na przeczytanie kolejna część PLL, ale mam nadzieję, że to się niedługo zmieni.

Szukacie niezobowiązującej ale wciągającej lektury? Być może w tej roli sprawdzi się właśnie seria „Pretty Little Liars” ;)

Książka, podobnie jak pozostałe części serii, dostępna jest TUTAJ :)



Pretty Little Liars
Kłamczuchy | Bez skazy | Doskonałe | Niewiarygodne | Zepsute | Zabójcze |
Bez serca | Pożądane | Uwikłane


Kilka dni temu w internecie ukazał się zwiastun filmu "Safe haven" na podstawie powieści Nicolasa Sparksa, która w Polsce nosi tytuł „Bezpieczna przystań” (jak podejrzewam tytuł filmu w Polsce będzie taki sam, ale jak chyba wszyscy wiedzą z tłumaczeniem tytułów w naszym kraju bywa różnie, więc lepiej nie uprzedzać faktów ;))
Ja osobiście czuję się przekonana i z niecierpliwością czekam aż będę mogła obejrzeć film. A jak Wam podoba się trailer?

Tymczasem nabrałam wielkiej ochoty na przeczytanie jakiejś książki Sparksa, koniecznie muszę się w jakąś w najbliższym czasie wyposażyć, kto wie, może wybór padnie właśnie na „Bezpieczną przystań” żeby przeczytać ją jeszcze przed obejrzeniem filmu? ;)

Światowa premiera „Safe haven” zapowiedziana jest na
8 lutego 2013 roku. W rolach głównych zobaczymy Julianne Hough i Josha Duhamel’a (:D)

Jeśli ktoś jeszcze nie miał okazji zobaczyć owego trailera, proszę bardzo:


 Interesują Was ekranizacje powieści Sparksa, czy wręcz przeciwnie?

Przy okazji pokażę Wam również pewne ciekawe zestawienie plakatów z pięciu filmów na podstawie książek Sparksa, na które przypadkiem się natknęłam:  


No cóż, akurat w tej kwestii twórcy mogliby się odrobinę bardziej postarać i postawić na większą różnorodność ;)
Copyright © 2014 sekrety książek , Blogger