Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Znak. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Znak. Pokaż wszystkie posty

Metamorfozy Marilyn Monroe - David Wills

Od nieśmiałej dziewczyny z fabryki samolotów do ikony popkultury i symbolu seksu.

Przyznam szczerze, że nie całkiem rozumiem fenomen Marilyn Monroe. Moim zdaniem była normalną dziewczyną, której wizerunek gwiazdy został od początku do końca wykreowany. Począwszy od makijażu i fryzury, a na operacjach plastycznych i zmianie nazwiska skończywszy. Przypuszczam, że dzisiaj ze swoją urodą nie osiągnęłaby takiego sukcesu. Widziałam tylko jeden film z jej udziałem - „Pół żartem, pół serio”. Świetnie się bawiłam oglądając go, ale rolę Marilyn równie dobrze dla mnie mogłaby zagrać inna aktorka. Spodziewałam się, że po obejrzeniu jej w filmie, choć po części zrozumiem o co wokół niej tyle szumu. Tak się jednak nie stało. Za to Tony Curtis i Jack Lemmon praktycznie stworzyli ten film i byli w nim rewelacyjni.

Nie jest też tak, że mam coś przeciwko Marilyn Monroe. Szanuję ją ale nie jestem pewna skąd wokół niej tyle szumu. Potrafię zrozumieć, że w tamtych czasach stała się sławna, ale czy gdyby nie umarła w tak młodym wieku, dzisiaj tak samo by o niej mówiono, czy byłaby tak samo kultowa? Nie wydaje mi się. Być może jej kariera potoczyłaby się dalej tym samym torem, ale może niedługo by się skończyła? Nie wiadomo, ale byłaby wtedy jedną z wielu, gwiazdą, która rozbłysła jasno i gwałtownie, ale nagła zgasła. Marilyn bała się starości, jest o tym mowa w cytatach zamieszczonych w książce. Zastanawiała się nad tym, czy nie lepiej byłoby umrzeć młodo. W pewnym sensie osiągnęła to czego pragnęła. Pozostała na zawsze młoda.
A kim tak naprawdę była Marilyn? Marzyła o karierze, ale w pewnym sensie to właśnie kariera ją złamała. Z tym, że nie tylko ją to spotkało.

Czasami myślę sobie, że łatwiej byłoby uniknąć starości, umrzeć młodo, ale wtedy życie byłoby niekompletne, prawda? Nigdy nie poznałbyś się w pełni.
                                                                                                      - Marilyn Monroe

Właśnie dlatego czasami odnoszę wrażenie, że ludzie uwielbiają ją dzisiaj, ponieważ kiedyś była uwielbiana. Z drugiej strony rozumiem ludzi, którzy interesują się jej osobą. Każdy ma jakichś swoich idoli, w których dostrzega coś więcej niż pozostali i doskonale wie z jakich powodów uwielbia tę a nie inną osobę. Poza tym z programów dokumentalnych poświęconych Marilyn, które kiedyś obejrzałam, a teraz także po zapoznaniu się z tą książką domyślam się, że musiała być wyjątkową osobą skoro tyle znanych osób wypowiada się o niej w samych superlatywach. Cytaty, które zostały zebrane w „Metamorfozach” czasami wydawały mi się aż nad to przesłodzone. Wszystko wskazuje na to, że najwyraźniej miała w sobie to „coś”, czym wywierała na ludziach takie a nie inne wrażenie. Nie można trafnie ocenić osoby, znając ją tylko ze zdjęć i filmów, to Ci, którzy poznali ją osobiście mogą powiedzieć coś na jej temat. W taki właśnie sposób próbuję sobie wytłumaczyć fenomen Marilyn Monroe choć chyba na zawsze pozostanie ona dla mnie zagadką. 

Wreszcie coś na temat samej książki. Jest ona przepięknie wydana. Można by rzec, że jest wręcz elegancka, ekskluzywna. Wszystko w niej jest wyważone. Doskonale skomponowane. Zdjęcia na całych stronach, do tego wypowiedzi osób znających Marilyn, lub jej samej. Jedynymi dłuższymi tekstami są wstęp od autora i posłowie zawierające ostatni wywiad jakiego udzieliła Marilyn (swoją drogą intrygujący). Dużą przyjemnością było dla mnie przeglądanie tego albumu, więc nawet nie wyobrażam sobie jaką gratkę może to stanowić dla fanów Marilyn. Album podzielony jest na 5 etapów z życia Marilyn. Obserwujemy jak dojrzewa. Najpierw widzimy nastolatkę dopiero wkraczającą w świat Hollywood, kończąc na dojrzałej gwieździe.

Zbliża się czas świąt. Może i Wy macie w swoim najbliższym otoczeniu wielbiciela Marylin? Jeśli tak, upominek w postaci tej książki sprawdzi się doskonale. Dla fanów satysfakcja gwarantowana ;)


Książkę możecie zakupić TUTAJ

Pan Potwór - Dan Wells

Tytuł oryginału: Mr Monster
Seria: John Cleaver
Część: 2
Wydawnictwo: Znak Emotikon
Stron: 294

John ma prawie szesnaście lat. Minęło kilka miesięcy odkąd rozprawił się z demonem, a tak przy okazji również swoim sąsiadem i tym samym zakończył brutalną serię zbrodni w Clayton trwającą blisko pięć miesięcy. Tymczasowy spokój w mieście zostaje zakłócony przez kolejne morderstwa. Natomiast John z coraz większym trudem powstrzymuje drugą stronę swojej osobowości. Pozostaje tylko kwestią czasu kiedy w końcu Pan Potwór przejmie nad nim kontrolę.

Po przeczytaniu „Nie jestem seryjnym mordercą” miałam same dobre wrażenia, więc z tym większą ciekawością sięgnęłam po kontynuację. Przyznam, że początek trochę mnie nużył, ponieważ przez dużą część przywoływane były wydarzenia z poprzedniego tomu, które przecież doskonale pamiętałam a John po raz kolejny opowiadał o sobie. I oczywiście o Panu Potworze. Akcja rusza z miejsca gdy rozpoczynają się morderstwa. A im dalej tym jest mroczniej,  groźniej i brutalniej. Nie ma co ukrywać, że pod tym względem „Pan potwór” zdecydowanie przewyższa pierwszą część. Opisy są bardziej drastyczne, chwilami budzą wręcz obrzydzenia. Nawet ja, która przesadnie wrażliwa pod tym względem nie jestem, musiałam kilka razy oderwać na moment wzrok od książki, bo aż się wdrygałam gdy zbyt dobitnie to sobie wyobraziłam. Wada to czy zaleta? Myślę, że to drugie. Od samego początku było wiadomo, że nie jest to seria dla osób o słabych nerwach, dlatego więc moim zdaniem to, że nie straciła na brutalności świadczy na jej korzyść. 

Dla mnie zaś balsamowanie stanowiło rodzaj medytacji, wprowadzało do mojego życia rzadko spotykany spokój. Uwielbiałem towarzyszącą temu ciszę i poczucie ukojenia. Ciała nigdy się nie ruszały ani nie wrzeszczały, nigdy się nie kłóciły ani nie uciekały. Martwi po prostu sobie leżeli, pogodzeni ze światem, pozwalając mi zrobić to, co konieczne. W trakcie balsamowania panowałem nad sobą.
I panowałem nad martwymi.

Spotkałam się z mnóstwem opinii, według których „Pan potwór” jest lepszy od pierwszej części. Ja jednak wyróżnię się w tej kwestii. Owszem poziom obydwu książek jest równy. Lecz mnie bardziej podobało się „Nie jestem seryjnym mordercą”.  Tutaj zabrakło mi tego psychologicznego aspektu, który poprzednio tak przypadł mi do gustu. Szczególnie rozmów Johna z terapeutą, które moim zdaniem dodawały całej historii pewnego „smaczku” (Zabrakło ich ze względów oczywistych, dla tych którzy mają za sobą tamtą część. Niemniej jednak - szkoda.) czy choćby analiz psychologicznych zachowań różnych seryjnych morderców i większego zwrócenia uwagi na socjopatię głównego bohatera oraz jego kontakty ze społeczeństwem. Pojawiają się za to inne wątki, jak chociażby relacja Johna z Brooke, która zaczyna się powoli rozwijać mimo ciągłej niepewności i wielu wątpliwości chłopaka. Większość uwagi zwrócona jest, zresztą zgodnie z tytułem, na zmagania Johna z Panem Potworem. Główny bohater za wszelką cenę próbuje przestrzegać ustanowionych przez siebie rygorystycznych zasad. Ale czy tak naprawdę chce dłużej powstrzymywać swoje drugie ja? Czy może łatwiej byłoby się poddać, w końcu to przecież o torturowaniu i mordowaniu śni co noc i wie, że choćby nie wiadomo jak usilnie się starał, nigdy tego pojedynku nie wygra. No bo w jaki sposób można wykorzenić coś co od zawsze jest częścią jego osobowości? 

Bo widzicie, ja też jestem potworem, ale nie demonem o nadnaturalnych mocach, tylko popapranym dzieciakiem. Całe życie starałem się trzymać moją mroczną naturę pod kluczem, tam gdzie nikogo nie może skrzywdzić, ale pojawił się demon i aby go powstrzymać, musiałem ją uwolnić. A teraz nie bardzo wiem, jak z  powrotem ją zamknąć.

Mimo iż nie mam zbyt dużego doświadczenia z serialem „Dexter”, czytając w pewnym momencie nasunęło mi się kolejne podobieństwo z tą serią. A właściwie jej bohaterem i Dexterem. Otóż obydwojgu zdarzało się zastanawiać czy być może morderca poprzez zbrodnię nie chciał im czegoś powiedzieć, czy nie przekazał im jakiejś wiadomości poprzez samą ofiarę. To jeszcze bardziej utwierdziło mnie w przekonaniu, że ta seria na pewno przypadnie do gustu fanom „Dextera”.

Cała intryga po raz kolejny została bardzo dobrze skonstruowana i opisana, jak już chyba można z czystym sumieniem stwierdzić, w charakterystyczny dla Dana Wellsa sposób. Główna zagadka, czyli to kto jest tym razem mordercą, jest bardziej zawiła niż poprzednio. A samo jej rozwiązanie o wiele bardziej zaskakujące i niespodziewane. Zakończenie jest zdecydowanie mocniejsze i zwiastuje czego można się spodziewać po „Nie chcę cię zabić”. Bez wątpienia będzie jeszcze ostrzej. 

Mimo iż zarzuciłam tej książce pewne braki, nie zrażajcie się tym za bardzo, bo to prawdopodobnie trochę przesadzone zważywszy na to, że trochę interesuję się psychologią i lubię odnajdywać tego rodzaju wątki w czytanych książkach. Jednak jeśli spodobało się wam „Nie jestem seryjnym mordercą”, zdecydowanie powinniście sięgnąć również po „Pana Potwora”. A jeśli nie mieliście jeszcze do czynienia z tą serią, a lubicie mocne historie i oryginalnych, nieszablonowych bohaterów - także zachęcam! Mnie tymczasem pozostaje czekać na „Nie chcę cię zabić”.


 Cytaty pochodzą kolejno ze stron: 79 i 9

Nie jestem seryjnym mordercą - Dan Wells

Tytuł oryginału: I am not a serial killer
Seria: John Cleaver
Część: 1
Wydawnictwo: Znak Emotikon
Stron: 256

Seryjni mordercy. Żaden przeciętny człowiek nie myśli o nich zbyt często. Nie zastanawia się nad ich motywami, metodami, profilami psychologicznymi. Główny bohater a zarazem narrator książki Dana Wellsa jest inny. Gdy miał 7 lat odkrył swoją życiową pasję: seryjnych morderców. Wie na ich temat wszystko. Niemalże przez całe życie pomaga swojej mamie i cioci w ich zakładzie pogrzebowym, od kilku lat towarzyszy im nawet podczas balsamowania zwłok w kostnicy, co jest dla niego prawdziwą przyjemnością. John jest socjopatą. Nie lubi i nie chce kontaktów z innymi ludźmi, ale musi utrzymywać chociaż te podstawowe, by zachować pozory normalności. Brakuje mu empatii, nie rozumie ludzkich uczuć, dlatego ciągle musi coś udawać. Ma swoje zasady dzięki, którym zachowuje się przynajmniej w pewnym stopniu jak zwyczajny piętnastoletni chłopak, gdyby nie one do głosu doszłyby jego psychopatyczne skłonności. Jedną z rzeczy, która sprawia mu przyjemność, a której nie musi sobie odmawiać jest ogień. Uwielbia go wzniecać i obserwować jak się rozrasta, pożerając wszystko wokół siebie, by potem w jednej chwili zniknąć. Niejaki przełom w jego życiu następuje gdy do miasteczka, w którym mieszka, zawita morderca. Następujące po sobie kolejne morderstwa staną się głównym punktem zainteresowania Johna. Obsesyjnie będzie chciał dowiedzieć się kto morduje, nawet jeśli będzie to oznaczało uwolnienie swojego wewnętrznego potwora.

Nie mam wielkiego doświadczenia w temacie horrorów i ta książka naprawdę bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła. Nigdy nie miałam do czynienia z czymś podobnym. Wprost nie mogłam oderwać się od czytania. Znaczącą rolę odegrała tutaj postać Johna, która mnie w pewnym sensie zafascynowała (oczywiście tylko i wyłącznie jako postać, nie pod względem upodobań). Często w czytanych przeze mnie książkach bywa tak, że bohater na początku mówi, iż różni się od swoich rówieśników i zawsze odstaje od reszty a później okazuje się, że tak naprawdę nie wyróżnia się niczym specjalnym. Tutaj tak nie jest. John jest pod tym względem wyjątkowy. Nie ma uczuć, choć przez całe swoje życie nauczył się to całkiem nieźle ukrywać. Nikt normalny nie potrafi wyobrażać sobie śmierci bliskiej osoby, zadawanej przez niego samego. Nikt normalny nie dostaje obsesji na punkcie czyjejś osoby do tego stopnia, że potem przez tydzień musi za wszelką cenę jej unikać i nie myśleć o niej żeby nie zrobić jej czegoś złego. Podczas gdy inni martwią się i rozpaczają z powodu zamordowanych osób, on napawa się widokiem zmasakrowanych ciał i analizuje postępowanie mordercy. John nie odróżnia dobra od zła, ale obserwując ludzi nauczył się, co według zasad moralności leży, po której stronie tej granicy. Autor w ciekawy sposób przedstawił psychologiczne zawiłości umysłu głównego bohatera. Dodam również, że mnie osobiście zaintrygowały także rozmowy Johna z jego terapeutą. Oto fragment jednej z ich rozmów:
 
-To nie było zabójstwo – odpowiedziałem – tylko seryjne morderstwo.
-Jest jakaś różnica?
-Oczywiście, że jest. […] Pan jest psychologiem, musi pan to wiedzieć. Zabójstwo jest… po prostu inne. Zabójcami są na przykład pijacy albo zazdrośni mężowie; mają powody, aby coś takiego zrobić.
-Seryjni mordercy nie mają powodów?
-Powodem jest samo zabijanie – odparłem. – Seryjny morderca odczuwa w sobie głód lub pustkę, a zabijanie to zaspokaja. Nazwanie tego zabójstwem jest… pospolite. Powoduje, że brzmi tak jakoś banalnie.*

Inną rzeczą, której nie można pominąć, mówiąc o tej książce są do bólu szczegółowe i drobiazgowe opisy. To właśnie dzięki nim, z całą pewnością nie jest to książka dla każdego. Ludzie o słabych nerwach raczej nie powinni się za nią zabierać, bo opisy są naprawdę realistyczne, wręcz wstrząsające. Chociażby taki opis balsamowania zwłok – czytając, poczułam się jakbym naprawdę tam była, stała obok i obserwowała poczynania osób zajmujących się ciałem. I choć większość tych opisów do przyjemnych nie należy, pewne jest to, że pobudzają wyobraźnię, a to jest duża zaleta i coś co wyróżnia tę książkę spośród innych. Jest ona godna uwagi chociażby przez swoją oryginalność. A więc jeżeli kogoś opisy takich scen nie odrzucają – zapraszam do lektury.

W kampanii reklamowej książki „Nie jestem seryjnym mordercą” przyrównuje się ją do serialu „Dexter”. Wcześniej, owszem słyszałam o tym serialu, ale nigdy go nie oglądałam. Teraz po lekturze z ciekawości obejrzałam dwa odcinki, aby mieć jakieś porównanie. Jak zauważyłam po obejrzeniu zaledwie kilku minut pierwszego odcinka John i Dexter mają ze sobą naprawdę wiele wspólnego. Oboje są pozbawieni ludzkich uczuć i tylko starają się uchodzić za normalnych; fascynują się seryjnymi mordercami i ich „dziełami”, a swoją pasję odkryli już w dzieciństwie. Oboje są tajemniczy, mają czarne poczucie humoru i są uznawani za trochę dziwnych. Jeżeli chodzi o serial to nie wykluczam, że w wolnej chwili obejrzę kolejne odcinki, jednak co do tego, że przeczytam ciąg dalszy historii Johna pt. „Pan Potwór” nie mam nawet najmniejszych wątpliwości. A Wam gwarantuję mocne wrażenia z dreszczykiem podczas lektury "Nie jestem seryjnym mordercą".

*str. 78

Jutro 2. W pułapce nocy - John Marsden

Tytuł oryginału: Tomorrow: The Dead of the Night
Wydawnictwo: Znak literanova
Ilość stron: 272

Jak już wspomniałam w recenzji pierwszej części z serii „Jutro” nie mogłam doczekać się kiedy wreszcie poznam ciąg dalszy tej fascynującej historii. Tak więc gdy tylko dostałam w swoje ręce drugą część czym prędzej ją przeczytałam. Moje oczekiwania co do niej były spore, trochę obawiałam się czy autorowi uda się utrzymać taki sam poziom jak poprzednio. Okazało się, że moje obawy były kompletnie niepotrzebne.

Bohaterowie nadal są zmuszeni mieszkać w Piekle i tylko od czasu do czasu opuszczają to miejsce by zaopatrzyć się w jedzenie i inne niezbędne rzeczy. Cały czas martwią się o dwójkę swoich przyjaciół, którzy tak nagle wypadli z gry pod koniec poprzedniego tomu. Nie są przez to w stanie zaplanować żadnej konkretnej akcji przeciw wrogowi, postanawiają więc najpierw wybadać co się z tą dwójką dzieje…

John Marsden w swojej kolejnej powieści jeszcze szczegółowiej zapoznaje czytelnika z okrutnymi realiami wojny. Bohaterowie zmuszeni są zmierzyć się z jeszcze potworniejszymi wydarzeniami niż poprzednio. Muszą poradzić sobie z poważniejszymi sprawami. Inwazji, o ile wcześniej można było się jeszcze o taką myśl pokusić, teraz z całą pewnością nie można nazwać „czystą”. Wróg rośnie w siłę, zajmuje kolejne terytoria, sprowadza osadników, więc akcje dywersyjne przeprowadzane przez nich stają się bardziej skomplikowane i trudniejsze w realizacji, a przy tym oczywiście bardziej niebezpieczne.  Autor nie szczędzi czytelnikowi brutalnych, wręcz makabrycznych działających na wyobraźnię opisów sytuacji, które momentami wywołują prawdziwe przerażenie. 

„Przyszłość jest... sam nie wiem jaka jest przyszłość. To czysta kartka papieru, na której rysujemy kreski, ale czasem osuwa nam się ręka i kreski nie wychodzą, tak jakbyśmy chcieli.”*

Książka trochę różni się od swojej poprzedniczki. Czytając w pewnym momencie odnosiłam wrażenie, że autor za bardzo zatracił się w opisywaniu uczuć  nastolatków, bałam się, że już mnie nie zaskoczy, żadnym nieoczekiwanym zwrotem akcji. Jak dla mnie trochę zbyt długi był ten przestój między większymi wydarzeniami. Na szczęście w końcu nastąpił przełom i wszystko wróciło do normy, o ile normą oczywiście można nazwać wydarzenia, które potem nastąpiły.

Nie wiem czy ktokolwiek z nas potrafi wyobrazić sobie jak zachowałby się w obliczu wojny. Ja na pewno do takich osób nie należę. Bohaterowie powieści Johna Marsdena nie mają innego wyjścia, muszą walczyć jeśli chcą to przetrwać. Wbrew pozorom żadna z tych postaci nie jest przerysowana. Każda z nich ma wątpliwości i czytelnik czytając naprawdę je odczuwałam. Zatraciłam się w ich świecie i zaczęłam myśleć podobnie jak oni. Podejmują oni różne działania i nie zawsze wychodzą z tego bez szwanku. Mimo, że wojna skłania ich do wielu okrutnych czynów, nawet do morderstwa, nadal pozostają nastolatkami, zakochują się i mają inne „przyziemne” problemy, które sprawiają, że nie zatracają swojego człowieczeństwa. To wszystko ma wpływ na to, że są oni o wiele bardziej realistyczni. W końcu kto z nas jest idealny? Każdy z bohaterów ma inne wady i zalety, a John Marsden doskonale to przedstawił.

Jak widać, ja nadal jestem oczarowana wizją twórczą Johna Marsdena i z jeszcze większą niecierpliwością oczekuję kolejnej części, która ma się ukazać 21 września. 

Jeszcze raz zachęcam wszystkich do sięgnięcia po tę serię.


* "Jutro 2. W pułapce nocy" str. 86

Jutro - John Marsden

Tytuł oryginału: Tomorrow, When The War Began 
Wydawnictwo: Znak Literanova
Stron: 272

Bohaterowie powieści Johna Marsdena wybierają się na biwak w góry, mają zamiar dobrze się bawić i przeżyć przygody, które długo będą wspominać. Nie spodziewają się jednak, że powrotu do normalnego życia nie będzie, a odtąd przez cały czas będą musieli walczyć o przetrwanie… 

Na samym początku poznajemy Ellie, która oznajmia, że została wyznaczona do spisania tego co ich spotkało. Swoją opowieść zaczyna od przybliżenia grupy swoich przyjaciół, która razem z nią wybrała się do Piekła. Do miejsca, o którym krążą legendy, owianym aurą tajemniczości dzięki mieszkającemu tam przez wiele lat pustelnikowi – mordercy.
Wszystko układało się dobrze. Jednak złe przeczucia nachodzą ich w momencie gdy nocą nad ich głowami przelatuje nieoświetlona grupa samolotów. Mimo to starają się o tym nie myśleć i miło spędzać ostatnie chwile w swoim towarzystwie, póki nie nadchodzi czas powrotu do domów. Do, jak się potem okazuje, opustoszałych domów…

„Jutro” to międzynarodowy bestseller i nic w tym dziwnego, bo ta książka z całą pewnością na takie miano zasługuje. Autor miał genialny pomysł i udało mu się go w pełni zrealizować. Akcja trzyma w napięciu od początku do końca. Czytelnik czytając o losach ośmiorga przyjaciół, może zatracić się w ich rzeczywistości, razem z nimi przeżywać przygody i trzymać kciuki żeby wszystko im się udało. Postacie są bardzo dobrze wykreowane, o każdej z nich dowiadujemy się czegoś więcej i w moim przypadku nie trwało długo zanim się do nich mocno przywiązałam. Żadna z tych osób nie była mi obojętna. Niektórzy chwilami mnie irytowali, drudzy rozbawiali, a inni po prostu budzili moją sympatię. Spodobało mi się także to, że pan John Marsden wprowadził do swojej opowieści wątek (a właściwie wątki) miłosny, ale nigdy nie wychodził on na pierwszy plan i to też zasługuje na pochwałę. 

Im dłużej czytałam, tym bardziej nie potrafiłam się od tej książki oderwać, gdyż zdawałam sobie sprawę z tego, że w następnym rozdziale może czekać kolejne niesamowite wydarzenie, które kompletnie mnie zaskoczy. 

Chociaż określana jako młodzieżowa, jest to książka dla każdego. Dowodem na to może być fakt, iż zanim ja zdążyłam zabrać się za nią, przeczytał ją mój tata i bardzo mu się spodobała. 

Żeby was jeszcze bardziej zachęcić dodam tylko, że zakończenie zupełnie wytrąciło mnie z równowagi. Gdy skończyłam czytać poczułam smutek i byłam nawet trochę przybita świadomością, że na mojej półce jeszcze nie ma drugiej części. Poza tym jestem bardzo ciekawa tego co autor zaserwuje nam, czytelnikom w pozostałych częściach. A wszystkich części jest aż siedem więc niezmiernie się cieszę z tego, iż będę miała jeszcze tyle okazji do spotkania się z Ellie, Lee, Homerem, Fi, Corrie, Kevinem, Robyn i Chrisem.

Szczerze polecam!

Z ciemnością jej do twarzy - Kelly Keaton

Tytuł oryginału: Darkness Becomes Her
Seria:
Bogowie i Potwory

Część:
1
Wydawnictwo: Znak Emotikon
Stron: 264

 Premiera książki już 5 maja

Narratorką a zarazem główną bohaterką książki pt. „Z ciemnością jej do twarzy” autorstwa Kelly Keaton jest siedemnastoletnia Aristanae, w skrócie Ari. Poznajemy ją w momencie gdy wysłuchuje informacji o swojej matce od lekarza w szpitalu psychiatrycznym. Dowiaduje się, że trzynaście lat wcześniej popełniła ona samobójstwo. Na dodatek otrzymuje pudełko z jej rzeczami, wśród których znajduje tajemniczy i przerażający zarazem list napisany przez jej matkę… do niej samej.  Zaskoczona i zszokowana z jednej strony pragnie poznać swoją przeszłość, z drugiej zaś ma ochotę rzucić to wszystko i wrócić do domu. Pod wpływem chwili i impulsu udaje się jednak do Nowego 2…

Pierwszym co udało mi się zauważyć na samym początku czytania, była szybko rozwijająca się akcja. Mija dosłownie kilka stron nim zostajemy wrzuceni w sam wir wydarzeń. Dynamiczne tempo utrzymuje się przez całą książkę. Autorka wykonała kawał dobrej roboty konstruując przebieg wydarzeń tak, by czytelnik ciągle był zaskakiwany. Mówiąc krótko; nie ma czasu na nudę. Akcja książki jest nieprzewidywalna, towarzyszy jej ciągłe napięcie. Często pojawiają się też sytuacje, które wywołują na twarzy czytającego uśmiech.

Główna bohaterka zawsze odstawała od reszty. Jej znienawidzone bardzo jasne włosy, odporne na wszelkie zabiegi mające ma celu zmianę ich wyglądu oraz jasnozielone oczy często wzbudzały niewłaściwe zainteresowanie innych ludzi. Ari jest jednak osobą,  która trzyma wszystkich na dystans. Żyje według własnych zasad i doskonale potrafi radzić sobie sama w trudnych sytuacjach. Ma silny charakter i potrafi dążyć do wyznaczonego celu.

Postacie są świetnie zarysowane. Każda z nich jest inna, ma własny odrębny charakter i łatwo można to dostrzec, i nie mam tu na myśli tylko głównej bohaterki. Przede wszystkim chodzi o osoby, które spotyka ona w Nowym 2. Poznaje tam dzieci żyjące na własny rachunek, dla których codziennością jest choćby tak szokująca dla zwykłego człowieka rzecz jaką jest okradanie grobów. Wszystko zaczyna się od poznania Crank, która choć ma dopiero niecałe trzynaście lat rozwozi pocztę ciężarówką. Dzięki niej spotyka Duba, umiejącego robić ‘różne sztuczki’ oraz Violet - małą dziewczynkę z ostrymi kłami lubiącą przechadzać się z żywym aligatorem pod pachą, która wbrew pozorom okazuje się być bardzo sympatyczną osóbką. Poza nimi pojawia się też Henri z nietypowymi oczami oraz tajemniczy, przystojny i charyzmatyczny Sebastian.

Jak nietrudno się domyślić pojawia się wątek romantyczny pomiędzy Ari a Sebastianem, który autorka zgrabnie wplotła w całość. Nie wychodzi on na pierwszy plan jednak moim zdaniem jego obecność jest dość ważna. Jeżeli o mnie chodzi to jestem ciekawa jak w kolejnej części potoczą się relacje między tą parą. Czuję też lekki niedosyt związany z informacjami o samym Sebastianie, który  nadal pozostaje w sferze tajemniczości, ale jak  się domyślam pewnie właśnie na tym ma opierać się jego urok.

Kolejną rzeczą, która zdecydowanie przypadła mi do gustu jest cały świat fantastycznych istot, który jest bardzo zróżnicowany. Niezaprzeczalnym atutem książki jest według mnie oryginalne połączenie mitologii z postaciami takimi jak wiedźmy i wampiry. Jeżeli macie dość wampirów  nie zrażajcie się do tej książki, bo sprawa krwiopijców ma tutaj  niewielkie znaczenie. Z kolei Nowy 2 – miasto zniszczone przez huragany, owiane pogłoskami o zjawiskach paranormalnych, okazuje się być zadziwiającym, pełnym tajemnic miastem, w którym główną bohaterkę czeka wiele niespodzianek i przeciwności losu, jednak to właśnie tam Ari wreszcie poczuje się jak w domu. Zrozumie, że nie tylko ona musi zmagać się z odmiennością. To właśnie tam pozna tajemnice swojej przeszłości i przyszłości. A to czego się dowie raczej nie będzie tym o czym można by marzyć…

Reasumując, książka zrobiła na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Żałuję, że liczy ona tylko 264 strony bo przez ten czas naprawdę zdążyłam polubić bohaterów i wciągnąć się w realia oraz problemy, które ich otaczały. Mam nadzieję, że na drugą część nie trzeba będzie długo czekać. Zaskakujące zakończenie dodatkowo pobudziło moją ciekawość związaną z dalszym ciągiem. 

Tak więc zachęcam Was do sięgnięcia po „Z ciemnością jej do twarzy”. Przy okazji chciałabym was także zaprosić do odwiedzenia oficjalnego profilu tej powieści na Facebooku. Być może już niedługo pojawi się tam możliwość wzięcia udziału w jakimś fajnym konkursie ;) 

Lecą wieloryby - Aleksander Kościów

Wydawnictwo: Znak
Stron: 233

Opis:
Maja i Jon kochają się i wierzą, że mają przed sobą wspólną przyszłość, rodzinę, córkę, dom na skarpie. W swoich marzeniach widzą nawet kota czytającego książki.
Niespodziewane zdarzenie przewraca ich świat do góry nogami. Dosłownie.
W Peronii, tajemniczej krainie, w której ludzie polują na pociągi, a życie mieszkańców determinują znaczki, legendarna staruszka wręcza Jonowi ważne pudełko. Chłopak nie wie, jak znalazł się w tym dziwnym miejscu, ale za wszelką cenę pragnie odzyskać Maję. By tego dokonać, będzie musiał stawić czoła Dókxsowi i jego bestii Hordzie, tajemniczej grupie Spokojnych, a przede wszystkim uratować Iri, młodą dziewczynę, która na zawsze odmieni jego życie.
[opis pochodzi z okładki książki] 

„Lecą wieloryby” to książka, po której nie byłam pewna czego się spodziewać. Czytałam już wcześniej opinie, w których było napisane że jest ona baśniowa, jednak ja nie potrafiłam wyobrazić sobie na czym akcja tej książki mogłaby polegać. Opis wydawał mi się w pewien sposób dziwny, nie wiedziałam do jakiego typu tę książkę zaliczyć. Właśnie to sprawiło, że tak mnie ona zaintrygowała. Bowiem czasami jest tak, że wystarczy przeczytać opis aby utworzyć sobie swoją wizję tego co może się w danej powieści wydarzyć. Natomiast w tym przypadku nie miałam najmniejszych przypuszczeń co do fabuły i zaczynając ją czytać byłam otwarta na każdą możliwość.

Po przeczytaniu kilku pierwszych stron czułam się trochę zagubiona, nie do końca rozumiałam co znaczą te wszystkie pozornie nie mające ze sobą nic wspólnego wątki, których jedyną wspólną cechą była obecność głównego bohatera - Jona. To uczucie potęgował styl pisania, ale wystarczyło się do niego przyzwyczaić i z upływem stron wszystko zaczęło składać się w pewną całość.


Ta opowieść rzeczywiście jest swego rodzaju baśnią. Opowiada historię, którą moim zdaniem trudno byłoby zaszufladkować. Z jednej strony mamy dwójkę normalnych młodych ludzi, którzy znają się od lat i planują wspólną przyszłość. Z drugiej spotykamy się ze światem fantastycznym, w którym nic nie wygląda normalnie. Ludzie ciągle mówią o znaczkach i nie mogą wyjść ze zdumienia gdy dowiadują się, że Jon takiego znaczka nie posiada. Główny bohater dostaje się do tego dziwnego, nienormalnego świata zupełnie nagle, w jakiś tajemniczy sposób. Nie zdaje sobie sprawy co się z nim stało i skąd wziął się w tej niezwykłej krainie. Gorzej: nie pamięta niczego ze swojego dotychczasowego życia. Jednak mimo wszystko stara się jakoś dopasować i dotrzeć do celu, który wyznaczył sobie sam, a który jednocześnie postawili przed nim spotkani po drodze ludzie. 
To wszystko może wydawać się dość skomplikowane, lecz wystarczy w pełni oddać się tej historii i zacząć wierzyć słowom autora. Ja czytając w niektórych momentach zatrzymywałam się, myśląc: „o co chodzi?”, jednak po chwili odnajdywałam w tym sens. 


Reasumując „Lecą wieloryby” to historia na swój sposób niezwykła. Nie znam innej książki, która byłaby do niej podobna. Autor stworzył wizję tego co może dziać się w mózgu człowieka i właśnie to jest w tej historii najbardziej zaskakujące. Warto się z nią zapoznać, ponieważ jest to książka specyficzna i z pewnością niepowtarzalna. Jeżeli o mnie chodzi, to cieszę się, że miałam okazję ją przeczytać.

Nowe przygody Mikołajka - René Goscinny, Jean-Jacques Sempé

Tytuł oryginalny: Histoires inédites du petit Nicolas
Wydawnictwo: Znak
Ilość stron: 638

Dla wielu kultowa książka. Zaczytują się w niej i dzieci, i młodzież a nawet dorośli, którzy chcą przenieść się w czas beztroskiego dzieciństwa. Opowiada ona o przygodach małego nicponia, który choć stara się być grzeczny i tak ciągle rozrabia, imieniem Mikołajek.  Ma paczkę przyjaciół, z których każdy jest inny. Razem wymyślają różne często nieźle zwariowane pomysły na zabawę. 

Kupiłam sobie tę książkę w grudniu 2009 (zauważyłam, że właśnie najczęściej w okresie przedświątecznym na wystawach pojawia się Mikołajek), ponieważ miałam ochotę na lekką, zabawną książkę. Nie zawiodłam się. Książka jest gruba, ale ma dużą czcionkę i obrazki, więc czyta się ją bardzo szybko. Poza tym uważam, że jest bardzo ładnie wydana. Rysunki autorstwa Jeana-Jacques’a Sempego to prawdziwe mistrzostwo. W pełni oddają charakter tych osiemdziesięciu śmiesznych i krótkich opowiastek. Zdecydowanie dodają im uroku. Każdy rozdział to zupełnie inna historyjka.

Opis z okładki:
W gronie przyjaciół Mikołajka zawsze jest wesoło. Alcest ciągle je, Gotfryd daje kolegom swoje zabawki, żeby je do końca popsuli, a Euzebiusz lubi się bić,ale tylko z przyjaciółmi bo jest bardzo nieśmiały.
Niby książka przeznaczeniem skierowana jest bardziej do dzieci i po części do młodzieży, ale naprawdę każdy znajdzie w niej coś dla siebie. Tym bardziej jeżeli szuka lekkiej, zabawnej książki. Tom 2 zaplanowałam sobie przeczytać również przed gwiazdką tyle że 2010 roku. Ale kiedy faktycznie przeczytam nie wiadomo, lecz jedno jest pewne: przeczytam na pewno. Pod koniec zeszłego roku w kinach ukazał się film „Mikołajek”. Nie oglądałam, bo nie miałam okazji, ale z przyjemnością obejrzę jak tylko będę mogła. Jakiś czas temu było głośno, bo ukazała się nowa książka z przygodami Mikołajka „Nieznane przygody Mikołajka”, ilustracje są w niej kolorowe (zawsze wcześniej były czarno białe), i wydana jest na takim śliskim i twardszym papierze, a czcionka jest w niej jeszcze większa!

"No bo co w końcu, kurczę blade" (ulubione powiedzonko Mikołajka)


Copyright © 2014 sekrety książek , Blogger