Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nasza Księgarnia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nasza Księgarnia. Pokaż wszystkie posty
Ten jeden rok - Gayle Forman

Ten jeden rok - Gayle Forman

Tak jak się spodziewałam, ciekawość zwyciężyła i mimo mieszanych uczuć po lekturze „Ten jeden dzień”, zdecydowałam się sięgnąć po kontynuację. Całe szczęście, że tak się stało, bo „Ten jeden rok” zaskoczyło mnie bardzo pozytywnie. 

Tym razem historię poznajemy z punktu widzenia Willema. Dowiadujemy się jak potoczyły się jego losy po tym jak pozornie porzucił Allyson w Paryżu. A co najważniejsze dowiadujemy się więcej o nim samym, o jego życiu, przeszłości  i motywach, które nim kierują. 

Już po przeczytaniu kilku stron, poczułam, że ta książka różni się od poprzedniej i tym samym bardziej trafia w mój gust. Prawdopodobnie największe znaczenie ma tutaj osoba narratora. Chyba nie szczególnie polubiłyśmy się z Allyson. Historia opowiedziana przez nią nie miała w sobie czegoś wyjątkowego, brakowało mi tam głębi. Nie potrafiłam wczuć się w jej sytuację. Jej problemy wydawały mi się błahe. Jej przeżycia do mnie nie przemawiały. Za to już od początku dużo ciekawszym bohaterem był dla mnie tajemniczy Willem. Nic więc dziwnego, że cieszyła mnie jego obecność wypełniająca każdą stronę „Tego jednego roku”. Jego osobowość była o pełniejsza i ciekawsza. Wiele przeszedł w życiu, a jego emocje nie budziły we mnie wątpliwości. On sprawił, że inaczej spojrzałam na całą tę historię i dopiero teraz tak naprawdę dostrzegłam jej urok. Nawet sama Allyson, wydała mi się ciekawszą postacią z jego punktu widzenia.  Jeśli właśnie takie było główne założenie autorki; jeśli poprzez podzielenie tej historii na części w taki, a nie inny sposób, chciała w pełni przedstawić jej złożoność - jestem pod wrażeniem. W miarę upływu stron bowiem, dowiadujemy się coraz to nowych szczegółów i detali, które rzucają inne światło na wydarzenia tego szczególnego dnia w Paryżu. 

Podczas lektury „Tego jednego roku” uderzyło mnie to, w jak oczywisty sposób historia głównych bohaterów pokazuje, że nic nie jest czarne albo białe. Bardzo często zbyt szybko osądzamy innych i wyciągamy pochopne wnioski. Nie wiedząc wszystkiego, dopowiadamy sobie różne rzeczy. Jakby tego było mało, życie lubi płatać nam figle. Rzuca nam pod nogi przeszkody, wprowadzając zamęt. Historia Allyson i Willema pełna jest rozmaitych przeciwności losu, zbiegów okoliczności i niefortunnych wydarzeń. Okazuje się, że choć bohaterów oddziela od siebie ocean i choć obydwoje z różnych powodów są przekonani, że to drugie może w ogóle nie chcieć ich znać - szukają się nawzajem. Choć znają się zaledwie jeden dzień i choć ich uczucia na pozór wydają się niedorzeczne, nie potrafią o sobie zapomnieć. 


 Czasem nie wiemy, że czegoś chcemy, póki to coś nie zniknie. Czasem wydaje nam się, że czegoś chcemy, nie rozumiejąc, że już to mamy.

„Ten jeden rok” jest dla mnie niezaprzeczalnie lepszą książką, niż „Ten jeden dzień”, mimo iż pozornie opowiada tę samą historię. To w pierwszej części został w pełni przedstawiony dzień, który połączył dwójkę głównych bohaterów, jednak wydaje mi się, że nic bym na tym nie straciła, gdybym pominęła jej lekturę i od razu przeszła do drugiej części. Autorka w umiejętny sposób przypomina najważniejsze szczegóły, dodając nowe, przez co tym razem nareszcie wszystko tworzy zgrabną całość. Może się mylę, bo trudno wymazać z pamięci szczegóły, których dowiedziałam się podczas lektury „Tego jednego dnia”, ale myślę, że przeczytanie tylko drugiej części mogłoby być nawet ciekawsze. Przynajmniej nie dziwiłaby mnie wtedy fascynacja Willema osobą Allyson, której w „swojej” części nie udało się przekonać mnie o tej swojej rzekomej wyjątkowości. Nie mam pojęcia gdzie podziała się moja kobieca solidarność! :D

Myślę, że nawet te osoby, które poprzednio czuły się niespecjalnie przekonane, mogą zastanowić się nad sięgnięciem po „Ten jeden rok”. Oczywiście, nie jest to żadne arcydzieło, ale z pewnością dobra książka, którą przyjemnie się czyta. A historia w niej zawarta pełna jest niuansów, które tylko zachęcają do dalszego czytania. Ja w końcu czuję się usatysfakcjonowana opowieścią, która od początku zdawała się posiadać potencjał, jednak wcześniej nie spełniła moich oczekiwań. Jak dla mnie "Ten jeden rok" jest powieścią dojrzalszą i być może właśnie dlatego tym razem dostrzegłam w niej to, czego brakowało mi poprzednio. Dopiero teraz urzekło mnie przypadkowe spotkanie głównych bohaterów. Dopiero teraz im go pozazdrościłam ;)

Nie da się czegoś znaleźć, kiedy się tego szuka. Znajdujemy rzeczy, kiedy się za nimi nie rozglądamy.

Ten jeden dzień - Gayle Forman

Lubię myśleć, że drobne zdarzenia mają wpływ na nasze życie. Podoba mi się wizja, że nawet pozornie nic nieznaczące decyzje mają znaczenie. Właśnie takim drobiazgiem jest chwila. Kilka sekund, kilka minut, nawet godzina -mija zanim zdążymy się obejrzeć. Mimo to, jeśli się nad tym dłużej zastanowić, większość rzeczy, które zmieniają nasze życie trwają zaledwie kilka chwil. One po prostu pojawiają się, a my najczęściej nie wiedząc jak bardzo ważny jest dla nas dany moment, dopiero później zdajemy sobie z tego sprawę, gdy musimy zmierzyć się z jego konsekwencjami, dobrymi bądź złymi. Skoro tak, aż strach pomyśleć ile może się wydarzyć w ciągu jednego dnia. Właśnie taki wyjątkowy dzień przytrafia się bohaterce najnowszej powieści Gayle Forman. Rodzice Alison i jej przyjaciółki Melanie na zakończenie szkoły fundują im wycieczkę objazdową po Europie. Są przekonani, że zapewniają im w ten sposób przygodę, którą dziewczyny zapamiętają do końca życia. Wyjazd upływa jednak bez większych rewelacji i Allyson właściwie zaczyna odliczać dni do powrotu. Gdy już nic nie wróży zmian, na drodze Allyson pojawia się intrygujący Holender. To przypadkowe spotkanie bardzo namiesza w jej życiu, a w szczególności spontaniczna decyzja o wyjeździe z owym nieznajomym do Paryża. 

„Ten jeden dzień” było moim pierwszym spotkaniem z Gayle Forman. Wiele słyszałam o „Zostań, jeśli kochasz”, lecz oglądałam tylko film, który powstał na podstawie tej książki. Od razu gdy przeczytałam opis jej najnowszej książki, pomyślałam, że to może być świetna okazja, żeby się z twórczością tej Pani zapoznać. Spodobało mi się nawiązanie do Szekspira i to, że akcja toczy się w Paryżu. A fakt, że tytuł jednoznacznie skojarzył mi się z „Jednym dniem” Davida Nicholsa, zdecydowanie podbiło stawkę i przeważyło w decyzji o lekturze. Czy to skojarzenie okazało się słuszne? Niekoniecznie. Mimo to autorka opowiedziała tutaj całkiem sympatyczną historię.
Moim zdaniem, jednym z głównych atutów tej powieści są jej bohaterowie.  Czytając, czułam, że mam wiele wspólnego z Allyson, rozumiałam ją i z własnego doświadczenia znałam niektóre z myśli, które nie dawały jej spokoju. To sprawiło, że chętniej śledziłam jej poczynania. Z kolei jeśli chodzi o Willema, autorka wykonała naprawdę dobrą robotę, bo chociaż przez większą część książki pojawia się on tylko we wzmiankach, nie odczułam żadnego niedosytu w związku z tą postacią. Mimo, że poznałam go za sprawą zaledwie jednego dnia, który spędził z Allyson i choć podobnie jak główna bohaterka niewiele o nim wiedziałam, odniosłam wrażenie, że poznałam go bardziej, niż niektórych książkowych bohaterów w ciągu całej książki. Autorka wykreowała także cały szereg różnorodnych postaci, które miały na Allyson mniejszy, lub większy wpływ. Nie można im jednak odmówić tego, że każda z nich była bardzo charakterystyczna. 

„Ten jeden dzień” to książka wprost idealna na wakacje. Czyta się lekko i wzbudza ciekawość. W dodatku nie jest to kolejne zwyczajne romansidło dla nastolatek. Wyróżnia ją to, że autorka ewidentnie miała na nią sprecyzowany pomysł i umiejętnie wplotła w nią wiele ważnych, wartych zastanowienia kwestii. Jej książka nie jest oczywista. Pokazuje, że na niektóre rzeczy trzeba spojrzeć z wielu stron, żeby móc powiedzieć, że się je naprawdę rozumie. Spodobało mi się także to, że zachęca do zastanowienia się nad swoimi wyborami i pokazuje, że tak naprawdę szczęście zależy od nas samych, a często to właśnie my, podobnie jak Allyson ograniczamy się w jego zdobywaniu. 

Mimo tego wszystkiego co napisałam, muszę przyznać, że nie jestem w pełni usatysfakcjonowana z lektury. Wydaje mi się, że kilka lat temu byłabym nią zauroczona, lecz teraz przeczytałam ją właściwie z automatu, bez większych emocji. Chyba wygląda na to, że wyrosłam już z tego typu historii, nawet jeśli są one bardzo dobre i zaczynam oczekiwać trochę innych wrażeń od książek. Jednakże nie wykluczam, że sięgnę po kontynuację - coś czuję, że ciekawość  jak potoczą się losy bohaterów może wziąć górę ;) 

Czy na Waszej liście wakacyjnych lektur znajduje się „Ten jeden dzień”? A może macie już tę książkę za sobą? Jestem ciekawa Waszych opinii ;)

Ucieczka znad rozlewiska - Katarzyna Zyskowska-Ignaciak

Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Stron: 288

Pamiętacie jak w marcu ubiegłego roku zrecenzowałam „Przebudzenie” Katarzyny Zyskowskiej-Ignaciak? Pisałam wtedy, że to bardzo przyjemna lektura. Miło spędziłam z nią czas i miałam ochotę na więcej, dlatego gdy pojawiła się najnowsza książka tej pisarki, postanowiłam, że muszę ją przeczytać. Czy spodobała mi się tak samo jak poprzedniczka?

Ciągle pojawiają się kolejne książki, w których bohaterki postanawiają rzucić pracę i wyjechać na wieś. Tam prowadzą sielskie i anielskie życie, zakochują się, mogą dowoli zajmować się swoją pasją (a nawet na tym zarabiać!). Ostatnimi czasy rzadko można spotkać książki, w których to wieś jest miejscem, z którego się ucieka. Dlatego gdy po raz pierwszy spotkałam się z opisem powieści „Ucieczka znad rozlewiska”, w której Frania decyduje się na desperacką ucieczkę do stolicy, pomyślałam, że to musi być książka dla mnie. Można powiedzieć, że identyfikuję się z główną bohaterką. Mieszkam na wsi i marzy mi się życie w dużym mieście. Mam dość miejscowości, w której nic się nie dzieje. Frania miała jednak o tyle lepiej, że mieszkała w Kazimierzu Dolnym, który jakby na to nie patrzeć nudną wsią na pewno nie jest. To turystyczne miasteczko, więc na brak atrakcji tam nie można narzekać, do tego bardzo ładne (z tego co słyszałam). Nie miałabym kompletnie nic przeciwko mieszkaniu w takim akurat miejscu, ale tu liczą się osobiste odczucia każdego. No i o czym ja tutaj w ogóle piszę?! Zamiast o książce, to o swoich przemyśleniach dotyczących miejsca zamieszkania. Wróćmy więc do tematu… ;)

Frania prowadzi ciche i spokojne życie. Mieszka w malowniczym Kazimierzu Dolnym, ma pracę i przystojnego i kochającego narzeczonego, za którego już wkrótce wyjdzie za mąż. Mogłoby się wydawać - życie idealne, jednak nie dla Frani, która ma już dość monotonii i wiecznego spokoju. Całe życie podporządkowywała się swojej wiecznie zrzędzącej matce i pragnie wreszcie zacząć żyć po swojemu. Jej niespełna trzydziestoletnie życie jak dotąd nie obfitowało w niespodzianki. Wszystko zmienia się za sprawą jednej nieodwołalnej decyzji. Frania, mając przed sobą perspektywę dalszego spokojnego i do bólu przewidywalnego życia u boku utrzymującego ją męża, w ładnym domku, z gromadką dzieci; czuje, że to wszystko nie jest dla niej. Nie chce wieść życia takiego jak jej rodzice. W dodatku w dniu ślubu spotyka swoją pierwszą młodzieńczą miłość i odkrywa, że być może popełni wielki błąd, jeśli wyjdzie za Kubę. Gdy wreszcie nadchodzi chwila, której cała jej rodzina z niecierpliwością oczekuje, ona decyduje się na ucieczkę…

Czytając, śledzimy losy Franki w zupełnie nowym dla niej otoczeniu. Dziewczyna postanawia na jakiś czas zapomnieć o miłości i poświęcić się swojej nowej nieprzeciętnej pracy, jednak jak ma tego dokonać, skoro w pobliżu ciągle obecna jest jej pierwsza miłość, mężczyzna, na którego widok, po mimo upływu lat nadal miękną jej nogi. Na horyzoncie pojawia się także sympatyczny kolega z pracy, a w pamięci ciągle pozostaje porzucony narzeczony. 

Drugie spotkanie z twórczością Katarzyny Zyskowskiej-Ignaciak, po raz kolejny zaowocowało miło spędzonym czasem z dobrą, lekką i odprężającą lekturą. Spodziewałam się, że wiem jak zakończą się perypetie głównej bohaterki i wcale mi to nie przeszkadzało, ale okazało się, że podobnie jak w przypadku „Przebudzenia” autorce udało się mnie nabrać, co mnie pozytywnie zaskoczyło. 

Macie ochotę na dobrą babską lekturę, idealną jako przerywnik między cięższymi pozycjami? Możecie więc śmiało sięgnąć po „Ucieczkę znad rozlewiska”. Zapewniam, że podczas czytania, na Waszych twarzach nie raz pojawi się uśmiech, a w głównej bohaterce każda z Was, podobnie jak ja, odnajdzie coś z samej siebie ;) 

Zielone jabłuszko - Izabela Sowa

Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Stron: 288

Chyba każdy wysłuchiwał kiedyś opowieści o czasach gdy jedzenie było na kartki a po wszystko trzeba było stać w kolejkach, co dla pokolenia, które nie miało z tym styczności wydaje się absurdalne.  Kiedy jedną z rozrywek stanowiło przeglądanie zagranicznych katalogów z luksusowymi rzeczami a wszyscy pragnęli wyjechać do Ameryki, albo chociaż mieć tam rodzinę. Właśnie o tym opowiada książka Izabeli Sowy, o szarej codzienności lat osiemdziesiątych… z przymrużeniem oka. 

I kłamstwa, bezczelne, wypowiadane z uśmiechem na ustach. O tym, że jest gorzej, ale w zasadzie to znacznie lepiej. Że produkcja spadła, ale jednak wzrosła. Że są strajki, których tak naprawdę nie ma. Że brak kawy, ale kawa niezdrowa. Że jest czarno, ale już niedługo spadnie bieluśki śnieg.

Ania Kropelka mieszka wraz z dziadkami, prababcią i kotem w małej i cichej miejscowości nazywanej Bajlandią, z rodzaju tych gdzie każdy wie wszystko o każdym, a wieści mimo utrzymywania ich w sekrecie, roznoszą się w mgnieniu oka. Dziewczyna wyróżnia się z pośród swoich rówieśników tym, że nie ciągnie jej do wielkiego świata. Nie chce w ślad za swoją mamą wyjeżdżać do Ameryki. Wydarzenia ze swojego życia relacjonuje poprzez wypowiedź skierowaną do ukochanego Limahla, który, dziewczyna ma nadzieję, pewnego dnia przypomni sobie o tej, która kocha go najbardziej na świecie i przyjedzie do niej. Wieczory spędza na słuchaniu listy przebojów w radiu, a rano zazwyczaj telefonem budzi ją jej kumpel - Bolek. Anka lubi swoje życie takie jakie jest.

Po przeczytaniu kilku stron tej powieści poczułam lekkie zmieszanie. Główna bohaterka bez ładu i składu wspominała o różnych sprawach, co chwila o czymś innym. Jednak im dłużej czytałam tym bardziej mi się podobało. Spodziewałam się zwyczajnej historii o dziewczynie tylko przy okazji toczącej się w latach osiemdziesiątych, a otrzymałam bardzo sugestywny i całkiem zabawny obraz tamtych czasów, przedstawiony z perspektywy nastolatki, której duża część problemów tak naprawdę nie różni się przesadnie od tych dzisiejszych. Ale wiecie co najbardziej mnie zaskoczyło? Otóż to, że ten obraz okazał się taki pozytywny i pełen ciepła. Tamte czasy zawsze są wspominane jako szare, monotonne i nudne. Czasami wręcz, słuchając, można odnieść wrażenie jakby wtedy świat rzeczywiście był pozbawiony kolorów. Izabela Sowa w bardzo swojski i ironiczny sposób przedstawiła życie zwykłych ludzi, którzy choć niezamożni, stłamszeni przez rząd i martwiący się o każdy kolejny dzień potrafią także zachować dystans i żartować. A wśród nich znajdą się również tacy, którzy będą próbowali walczyć z wszędobylskim tumiwisizmem. 

Moja początkowa niepewność wobec tej książki okazała się zupełnie bezpodstawna bo świetnie się bawiłam podczas lektury i kilka razy musiałam tłumić głośny śmiech. To druga książka, której akcja dzieje się w tam tym okresie, którą przeczytałam. W przypadku pierwszej czyli „Mariola, moje krople!” czasami nie potrafiłam wychwycić dowcipu, zdawałam sobie sprawę, że być może kogoś kto zna tamte czasy może to rozbawić, ale mnie to zwyczajnie nie śmieszyło. Tutaj było zupełnie inaczej. Nie odczuwałam takiej różnicy, a wiele ‘poważnych’ spraw Ani wywoływało na mojej twarzy uśmiech. Bo właśnie takie drobnostki, „ważnostki” i inne mądrości wypełniają codzienność Ani, a problemem wielkiej wagi może okazać się chociażby trudność znalezienia rajstop. A na lodowisko maszeruje nawet wtedy gdy łyżwy wypożyczone dla niej przez dziadka są o dwa rozmiary za duże. Czytając o tych wszystkich zabawnych chwilach można odnieść wrażenie, że kiedyś życie było prostsze, mimo że brakowało tylu rzeczy. Gdy nie było tych wszystkich sprzętów i całej reszty. Człowiek bardziej doceniał to co ma. Nie wiem, może się mylę, ale po prostu do takiego wniosku doszłam czytając tę książkę. 

Kiedy chłopak zaprasza cię do kina, a nie na film, o, to już nie przelewki. Trzeba się spodziewać najgorszego. Nawet tego, że cię złapie za rajtuzy.

Czy polecam? Polecam, jak najbardziej! „Zielone jabłuszko” czyta się błyskawicznie. Może nie jest to jakaś wybitna literatura, ale za to jest lekka i przyjemna. Gdy dotarłam do końca, aż żałowałam, że to już koniec bo nie miałabym nic przeciwko by jeszcze trochę potowarzyszyć Ani i reszcie tego trochę zwariowanego towarzystwa w ich ‘szarej’ codzienności :) A okładka tego wydania, co tu dużo mówić, jest po prostu urzekająca!


Cytaty pochodzą kolejno ze stron: 20, 60

Telefony do przyjaciela - Anna Łacina

Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Stron: 368

Jako, że spodobały mi się poprzednie dwie książki pani Anny Łaciny, które miałam okazję przeczytać, z miłą chęcią sięgnęłam również po najnowszą, czyli „Telefony do przyjaciela”.

Czytając poznajemy dwie siostry: Anię i Marzenę Madej. Podobne z wyglądu, lecz zupełnie inne z charakteru. Każda zmaga się z innymi problemami i ma inne zamiłowania. Ania uważa się za pechową i męczą ją sprawy sercowe, natomiast Marzena co rusz ma nowych adoratorów, za to na co dzień musi zmagać się z jazdą na wózku. Wszystko zaczyna się w momencie gdy o
bie siostry przyjeżdżają do domu dziadków w Iławie na wakacje. Każda od tego lata czegoś innego. Ania marzy o spokoju, o chwili wytchnienia w cieniu ogrodu, Marzena myśli tylko o pływaniu w jeziorze i żeglowaniu razem z dziadkiem. Być może byłyby to wakacje jak każde inne gdyby pewnego dnia Marzena nie uratowała pewnego chłopaka, który chociaż zupełnie obcy uparcie nie chce opuścić jej myśli. Owym chłopakiem okazuje się Krzysiek, który chcąc poznać swoją ratowniczkę nieopatrznie bierze za nią Anię…

Podobnie jak poprzednio pisarka stworzyła bohaterów, którzy równie dobrze mogliby żyć w naszym otoczeniu, gdzieś blisko nas. Bohaterowie są sympatyczni, dlatego z przyjemnością czytałam o ich perypetiach. Każda z postaci, nawet z tych epizodycznych jest wyrazista. Aż chciałoby się ich poznać. A w domu dziadków dziewczyn bo tam właśnie rozgrywa się duża część akcji, panuje tak ciepła i miła atmosfera, że aż chciałoby się wpaść na szarlotkę (chociaż ja akurat amatorką ciast nie jestem ;)), podyskutować z dziadkiem Zygmuntem na temat fotografii i poobserwować usilne próby babci Zosi, by go wreszcie, choć na chwilę, uciszyć ;)

Przyznam, że na samym początku nie mogłam ‘wgryźć się’ w akcję, bo moją uwagę odciągało to dlaczego tak naprawdę Marzena jest niepełnosprawna. Chociaż w niczym to nie przeszkadzało w odbiorze książki, a może właśnie dlatego wolałabym, żeby zostało to wyjaśnione trochę wcześniej. Gdy jednak moja ciekawość została zaspokojona mogłam już spokojnie śledzić losy dwóch głównych bohaterek. Sytuacje, w których się znalazły bywały przeróżne. Od zabawnych i wywołujących uśmiech na twarzy, do smutnych i gorzkich. A dzięki problemom, które je dotykały można było bardzo łatwo się z nimi utożsamiać. Mnie kilka razy zdarzyło się, czytając, przypomnieć sobie coś z własnego życia, dzięki czemu dziewczyny stawały mi się jeszcze bliższe. Nie potrafię stwierdzić, którą z dziewczyn bardziej polubiłam, ponieważ z obydwoma w jakimś stopniu mogłam się utożsamiać. 

„Telefony do przyjaciela” poruszają także jakże istotną kwestię osób niepełnosprawnych. Pokazują, że życie na wózku choć spotyka się z wieloma ograniczeniami, tak naprawdę samo w sobie nie stanowi przeszkody, by cieszyć się życiem i robić to co się kocha jeśli tylko ma się do tego chęci i siłę by stawiać czoła światu i nie zrażać się niepowodzeniami. Często osoby na wózku bywają w pewnym sensie dyskryminowane, a dzieje się tak zazwyczaj dlatego, że zdrowi nie wiedzą jak z takimi osobami rozmawiać. Nie wiedzą jakie kwestie mogą poruszać, o co wypada zapytać a o co nie. Ta książka pokazuje, że nie warto bać się tych kontaktów, bo często, takie osoby okazują się zwyczajnymi ludźmi, mającymi swoje zainteresowania i pasje ale też problemy jak każdy z nas, a jedynym co ich wyróżnia spośród innych jest to, że zamiast na nogach poruszają się na kółkach.

„Telefony do przyjaciela” to miła lektura, idealna na wakacyjne dni ale przy tym poruszająca wiele problemów, nad którymi warto się zastanowić. Sprawia, że ma się ochotę przystanąć na chwilę i pomyśleć o swoim życiu. Pokazuje, że warto spróbować dostrzegać pozytywne rzeczy chociaż to nie zawsze jest łatwe. Polecam :)

Przebudzenie - Katarzyna Zyskowska-Ignaciak

Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Stron: 304
 

Życie młodej dziennikarki zmienia się z dnia na dzień gdy otrzymuje informację o tajemniczym i cennym spadku, przekazanym przez nieznanego sobie Anglika. Owym spadkiem okazuje się być ziemia położona nad samym jeziorem w małej mazurskiej wiosce, o bardzo burzliwej przeszłości. To zdarzenie wywołuje lawinę innych niespodziewanych i dziwnych wypadków. Zuzanna, której rodziny los nie oszczędzał, nagle musi stawić czoła historii swoich przodków sprzed lat, o których istnieniu wcześniej nie miała bladego pojęcia. Cały jej spokojny, acz monotonny świat nagle staje na głowie. Na dodatek okazuje się, że prawdopodobnie jest w niebezpieczeństwie, tylko jak można jemu zapobiec nie wiedząc kto jest wrogiem?

Zasiadając do lektury „Przebudzenia” miałam nadzieję na lekką, przyjemną i odprężającą lekturę. Spełniła moje oczekiwania z nawiązką. Bowiem powieść Katarzyny Zyskowskiej-Ignaciak naprawdę mnie zainteresowała i zaskoczyła. Czytając razem z Zuzanną próbowałam odkryć prawdę i zrozumieć to co się wokół niej działo. Dzięki szczegółowemu zapoznaniu z losami jej rodziny i jej własnymi stała się ona postacią z krwi i kości, taką, która ma nie tylko teraźniejszość ale i przeszłość. Spodobała mi się uwaga przywiązana do szczegółów sprzed lat, gdyż to sprawiło, że chwilami można było odnieść wrażenie jakby czytało się o perypetiach jakiejś rzeczywistej rodziny a nie tylko o wymyślonych przez autorkę postaciach. Zuzanna jak każdy ma swoje wady i zalety. Od śmierci babci mieszka sama, jest związana z mężczyzną, którego nie kocha a praca nie przynosi jej satysfakcji w dodatku gdzieś po drodze zagubiła sens życia. Mówiąc krótko: jnie jest kimś przesadnie wyjątkowym. Jednak za sprawą wspomnianego już wcześniej spadku, jej życie odmienia się diametralnie i wbrew przyjacielskim radom postanawia zgłębić swoją rodową historię powiązaną z tajemniczym, nieprzyjaznym pogańskim plemieniem. Poza tym muszę przyznać, iż nie spodziewałam się napotkać w tej książce na jakiś element zaskoczenia, a tu proszę: takich elementów było całkiem sporo, ale niczego nie zdradzę żeby czegoś przypadkiem nie zasugerować. Jednak nie mogę w tym momencie nie wspomnieć o zakończeniu, które kompletnie mnie zaskoczyło a nawet w pewnym sensie zaszokowało. Co jak co, ale takiego obrotu spraw nawet nie wzięłam pod uwagę lecz autorka tak pokierowała wypadkami, że w jednej chwili cała zagmatwana historia stała się jasna i klarowna. 

Jest to wprost idealna intrygująca lektura na wiosnę, do poczytania w pierwszych promieniach wiosennego słońca. Ja właśnie w ten sposób naprawdę miło spędziłam z nią czas. Nie spodziewałam się, że tak mnie wciągnie, co więcej gdy nastąpił koniec miałam ochotę na więcej. Akcja ani przez chwilę nie tkwi w miejscu a wydarzenia rozgrywają się w ciągu zaledwie kilku dni. Uroku tej książce dodają opisy przepięknych mazurskich pejzaży, które wzbudzają tęsknotę za ciepłem ale też przypominają o tym, że i przed nami już całkiem niedługo wyłoni się lato ;)

Dlatego już wiecie co macie robić, książka do ręki i marsz korzystać z pogody ;)

Szczeniak. Jak labrador ocalił chłopca z ADHD - Liam Creed

 
Tytuł oryginału: A Puppy Called Aero
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Stron: 288


Często na widok kogoś o niespożytej energii, kogoś kto nie potrafi usiedzieć w miejscu nawet przez chwilę, mówimy w żartach „On to na pewno ma ADHD”. Lecz czy tak naprawdę zdajemy sobie sprawę czym właściwie jest ADHD? Ta choroba potrafi przysporzyć wielu kłopotów i zmartwień , na dodatek często spotyka się z niezrozumieniem i brakiem wyrozumiałości ze strony społeczeństwa, a wszystko dlatego, że jej objawy równie dobrze można przypisać wielu innym trudnym dzieciakom i nastolatkom.

Głównym bohaterem i zarazem narratorem książki, o której mowa jest Liam Creed; nastolatek, który cierpi właśnie na tę chorobę. Już od najwcześniejszych lat przysparzał swoim rodzicom niemało zmartwień. Niszczył co popadło. Był agresywny. Wdawał się w bójki. Nie miał kolegów, ponieważ wszystkich naokoło do siebie zniechęcał. Wiele osób spisało go na straty, przyklejając mu etykietkę  - trudny. Bardzo łatwo jest nazwać kogoś trudnym nie wiedząc na czym tak naprawdę polega jego problem. Jednak w wieku 8 lat zdiagnozowano u niego ADHD – zespół nadpobudliwości psychoruchowej z deficytem uwagi. Ta diagnoza spłynęła na jego rodziców jak olbrzymia fala ulgi. Wreszcie wiedzieli co jest nie tak z ich synem, dlaczego nie można nad nim zapanować. W tym przypadku słowo ‘choroba’ było swego rodzaju wybawieniem. Chłopcu przypisano leki, które pomogły w jakimś stopniu stłumić jego złe zachowania, jednak Liam nadal pozostał tym samym chłopcem, z którym nikt nie mógł sobie poradzić. Przełom w jego życiu nastąpił w momencie gdy wychowawca wysunął jego kandydaturę do udziału w filmie dokumentalnym, mającym pokazać wybraną piątkę trudnych nastolatków, pracujących w ośrodku szkolenia psów dla niepełnosprawnych. Liam w tam tym czasie zamęczał swoich rodziców błaganiami o psa dlatego ta możliwość była dla niego szansą na spełnienie swego marzenia przynajmniej w pewnym stopniu. Dodatkową atrakcją w jego mniemaniu było zdobycie lokalnej sławy i oczywiście możliwość oderwania się od szkoły raz w tygodniu za sprawą wyjazdu do ośrodka szkoleniowego Canine Partners. To jakie oczekiwania wobec tego programu miał na początku Liam doskonale świadczy o tym jaką był osobą zanim przystąpił do tego programu.

Na początku nie było mu lekko. Otaczające kamery z pewnością nie są czymś co dodaje człowiekowi śmiałości i pewności siebie, a Liam wbrew pozorom był bardzo nieśmiałą osobą w kontaktach z obcymi. Jego linię obrony stanowiło zazwyczaj wulgarne i lekceważące zachowanie. Jedynym co mu się spodobało podczas pierwszego dnia w Canine Partners był pies, który został mu przypisany do szkolenia. Młody, bardzo energiczny i żywiołowy Labrador Retriever o imieniu Aero. Chociaż na początku Liam nie bardzo wiedział jak się z nim obchodzić, od razu poczuł, że mają ze sobą wiele wspólnego i że na pewno się ze sobą zaprzyjaźnią. Tak właśnie się stało. Aero odmienił całe jego życie, sprawił, że stało się lepsze. Pod jego wpływem chłopak zmienił się nie do poznania.

Podobno każdy chory na ADHD ma swój ‘efekt och’, który sprawia, że chory potrafi się na czymś skupić, bezinteresownie się czemuś oddać. W przypadku Liama były to dzieci i oczywiście psy. Gdy jego siostra była mała chętnie się nią zajmował, bez najmniejszego skrzywienia przewijał ją, a był przy tym tak czuły i cierpliwy, że jego mama nie mogła wyjść z podziwu. Dokładnie tak samo było z psami. Gdy na co dzień nie grzeszył cierpliwością, dla swojego przyjaciela Aero miał jej pod dostatkiem. Nie zrażały go niepowodzenia, był za to bardzo dumny z siebie i psa kiedy coś im się udawało. Nic więc dziwnego, że wkrótce stało się to najważniejszym punktem w jego życiu i niecierpliwie czekał na każdy dzień w ośrodku.

„Dla normalnego człowieka zabrzmi to jak totalny odpał, no ale Aero był moim najlepszym kumplem i zarazem punktem odniesienia. W końcu my też jesteśmy zwierzętami: może porozumiewamy się w sposób odrobinę bardziej wyszukany, ale w gruncie rzeczy nie różni się on szczególnie od mowy psów. One są co najwyżej bardziej pewne siebie i nie dzielą włosa na czworo – to tacy ludzie, tylko mniej skomplikowani. I bardziej owłosieni.”*

Największą zaletą tej książki jest fakt, iż wszystkie wydarzenia poznajemy z punktu widzenia osoby będącej cały czas w centrum uwagi czyli Liama. Autor przysługuje się prostym językiem, typowym dla 17, 18-latka. Z częstych wtrąceń w jego wypowiedziach łatwo wywnioskować, że mamy do czynienia z osobą bardzo pobudzoną. Dzięki temu łatwo można się wczuć w jego sytuację. Przypuszczam, że gdyby opowiadał o tym jakiś postronny obserwator cała ta historia nie była by aż tak interesująca. Z przyjemnością i uśmiechem na ustach czyta się o życiowych perypetiach, rozterkach i drodze do dorosłości głównego bohatera.  Życie Liama obfituje w wiele słodko-gorzkich chwil, ale bezcenne są przede wszystkim jego bezpośrednie, często bardzo zabawne komentarze do wielu tego typu sytuacji.

„Przewodzimy stawce? Chyba oślej ławce. Na myśl, że ktoś mógł uważać mnie za mistrza, uśmiechnąłem się rozanielony. To był najlepszy moment, żeby dać się sfilmować, ale kiedy tylko przeżywałem coś niebywałego, ludzie od produkcji byli na kawie albo przerwie obiadowej.”**

Książkę z całego serca polecam, jest to naprawdę ciepła i miła opowieść o tym jak pies potrafi odmienić życie człowieka. Jednak polecam ją nie tylko miłośnikom zwierząt, może się spodobać każdemu. Zainteresuje ona także z pewnością osoby, interesują się psychologią. Mimo iż, jestem wielbicielką psów w przypadku tej książki do jej przeczytania bardziej skłoniła mnie chęć poznania ADHD od drugiej strony. Nie zawiodłam się.
 

*str.191
*str. 224

Bezsenność we dwoje - Sarah Dessen

Tytuł oryginału: Along for the ride
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Liczba stron: 344 

Opis:
Jazda na rowerze to jedna z rzeczy, które ominęły Auden. Podobnie jak szalone imprezy, randki czy przyjacielskie plotki. Wymagający rodzice oczekiwali, że nie będzie się zajmować takimi błahostkami.
W ostatnie wakacje przed rozpoczęciem studiów dziewczynę zaczyna prześladować poczucie,
że może ma czego żałować…

Spontanicznie wyjeżdża do nadmorskiej miejscowości, aby spędzić trochę czasu z ojcem
i jego nową rodziną. Tam poznaje intrygującego samotnika Eliego, cierpiącego jak ona na bezsenność. Czy długie letnie noce wystarczą, by nadrobić stracony czas?

[opis pochodzi z okładki książki]
 
Chyba nie ma świecie takiej osoby, która nie chciałaby czegoś zmienić w swoim życiu. W tej jednej konkretnej chwili móc postąpić inaczej. Prawdopodobnie każdy z nas choć raz marzył o tym by otrzymać od życia drugą szansę. Jednak to nie jest możliwe. Ale czy na pewno?

Właśnie taką szansę dostaje główna bohaterka książki „Bezsenność we dwoje” i nie mam na myśli żadnych podróży w czasie czy innych tego typu fantastycznych wynalazków. Auden, o której mowa w ciągu jednych wakacji, dostaje szansę by nadrobić stracony czas. By spróbować wielu rzeczy, które robili jej rówieśnicy, a dla niej były one tylko niepotrzebną stratą czasu. Wychowana przez rodziców osiągających sukcesy w naukowych sferach nie mogła pozwolić sobie nawet na tak zwyczajną rzecz jaką jest jazda na rowerze. Aby im zaimponować praktycznie cały swój czas spędzała na nauce. Chciała być najlepsza, by zwrócić na siebie ich uwagę. Jednak kosztem tego wszystkiego nigdy tak naprawdę nie skorzystała ze swojego dzieciństwa. Z tego czasu na beztroskie zabawy i nie zamartwianie się problemami dorosłego życia. Ulega to zmianie w momencie gdy decyduje się na przyjazd do swojego ojca i jego nowej rodziny, do której na początku jest delikatnie mówiąc niezbyt sympatycznie nastawiona. Jedzie tam z myślą, że będzie mogła zapoznać się z całą stertą lektur na przyszły semestr. Nie spodziewa się, że nie tylko znajdzie tam przyjaciół ale także, że jej dotychczasowy styl życia ulegnie sporej zmianie.

Nie wiem dlaczego tak jest, ale bardzo lubię książki, w których przynajmniej część akcji toczy się w jakiejś nadmorskiej miejscowości. Do tego wystarczy ciekawa historia, pozytywne postaci, oczywiście miłość, zazwyczaj też niestety pewne problemy w tle i jestem najzwyczajniej w świecie trafiona. Właśnie dlatego gdy tylko natknęłam się na „Bezsenność we dwoje” od razu wiedziałam, że chcę ją przeczytać. Nie ma tu żadnego napięcia ani spektakularnych zwrotów akcji, jednak całość potrafi w specyficzny sposób pochłonąć. Historia po prostu toczy się swoim torem, a główna bohaterka przeżywa radości i rozterki, a ja czytając przeżywałam to razem
z nią.
Według mnie bardzo ciekawym pomysłem okazała się cała ta koncepcja drugiej szansy
i nadrabiania straconego czasu. Autorka pokazała, że nigdy nie jest za późno by spróbować czegoś nowego, a także, co szczególnie przypadło mi do gustu, że cokolwiek się stanie nie należy się poddawać.

Książka ta jest według mnie dobrą propozycją gdy ma się ochotę sięgnąć po coś lekkiego
i przyjemnego. Mnie spodobała się ona bardzo i na pewno szybko o niej nie zapomnę.
Polecam ;)
 

Kradzione Róże - Anna Łacina

Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Stron: 352

Opis:
Studentka medycyny wyjeżdża na wymarzone wakacje do Grecji. Tymczasem jej młodsza siostra jak co roku wyrusza do Częstochowy. Po raz pierwszy nie towarzyszy jej nikt z rodziny. Tej pielgrzymki nigdy nie zapomni…
Co może się przytrafić wśród starożytnych ruin i zapierających dech w piersiach krajobrazów? Czy aby uchronić kogoś przed niebezpieczeństwem, wystarczy po prostu mocno kochać? Jak poradzi sobie rodzina wystawiona na poważną próbę?
[opis pochodzi z okładki książki]
 

Po przeczytaniu „Czynnika miłości”, którego moją recenzję znajdziecie TUTAJ, z wielką chęcią sięgnęłam po kolejną książkę pani Anny Łaciny – „Kradzione róże”. Nie zawiodłam się w nawet najmniejszym stopniu. Zaryzykowałabym w tym miejscu stwierdzenie, iż ta książka jest jeszcze lepsza niż poprzednia. Niezwykle pozytywnie zaskoczył mnie fakt, że można w niej poznać losy bohaterów, których imię rozbrzmiało gdzieś w tle akcji „Czynnika miłości”, a którzy tak naprawdę nie odegrali tam żadnej istotnej roli. „Kradzione róże” nie są drugą częścią; to inna historia dzięki której można dowiedzieć się kilku istotnych szczegółów, które wcześniej były odrobinę niejasne.

Zaczyna się niepozornie, otóż pewna dziewczyna – Róża po raz pierwszy wyrusza sama na pielgrzymkę, na miejscu spotyka interesującego chłopaka. Banalne? Nic bardziej mylnego. To nie będzie zwyczajna znajomość, ale nie chciałabym w tym miejscu zdradzać szczegółów, bo to jest w tej opowieści zaskakujące - to jak po kolei dowiadujemy się kim jest ten cały Ariel i o co w tej całej intrydze tak naprawdę chodzi.

Równolegle rozgrywa się inny wątek i mimo wszystko najbardziej go polubiłam, chociaż z początku średnio mnie interesował, bo bardziej byłam ciekawa co dzieje się z Różą. Jaśmina, studentka medycyny i siostra Róży wyjeżdża na wakacje do Grecji z grupką przyjaciół, w tym także swoim niedoszłym chłopakiem, który nadal jej się bardzo podoba, a o którym pragnie zapomnieć. Tym chłopakiem jest Romek, który nie potrafi zrozumieć dlaczego Jaśmina nie zwraca na niego uwagi. Dużo rzeczy może zmienić się wśród Greckich krajobrazów. Bardzo polubiłam tą dwójkę bohaterów, w ogóle cała ta grupka była bardzo sympatyczna, lecz to właśnie Jaśmina i Romek są moimi ulubionymi postaciami z tej książki. Dlaczego właśnie oni? Jeżeli chcecie się przekonać czy wy również ich polubicie, musicie sami przeczytać książkę, ponieważ jeśli chciałabym wam to wytłumaczyć, zdradziłabym z pewnością zbyt wiele.

Wracając do książki. Na początku czytało mi się ją bardzo przyjemnie, jednak od pewnego momentu gdy zaczęło się więcej dziać, po prostu nie mogłam się oderwać. Koniecznie chciałam się dowiedzieć co będzie na końcu. A gdy on w końcu nadszedł poczułam się trochę zawiedziona. Nie dlatego, że spodziewałam się czegoś innego. Zdecydowanie nie. Było tak, ponieważ żałowałam, że to już koniec a w moich myślach powstało pytanie: co z nimi było dalej? Nadal czuję pewien niedosyt, ponieważ jak na razie nie ma kolejnej książki pani Anny Łaciny, po którą mogłabym teraz sięgnąć. Mam jednak nadzieję, że to się zmieni ;)

Jak łatwo się domyślić po tym co napisałam: zdecydowanie polecam! Jeżeli ktoś nie przepada za książkami młodzieżowymi i tylko przez to nie sięgnął po „Czynnik miłości”, to warto wiedzieć, że ta książka jest inna. Bohaterowie są starsi a ich problemy są odmienne od tych przedstawionych w poprzedniej książce tej autorki. 

Czynnik miłości - Anna Łacina

Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Liczba stron:
280

Gdyby rodzina Cullenów chodziła do liceum Patrycji, wszystko wyglądałoby inaczej. Ale takie rzeczy dzieją się tylko w książkach. Poza nimi czeka codzienność: despotyczny ojciec urządzający w domu hałaśliwe imprezy, zahukana matka i zgryźliwi nauczyciele. Do tego najlepsza przyjaciółka zakochała się w Tajemniczym Poecie.
A jednak… W życie Patrycji nieoczekiwanie wkracza ktoś bardzo podobny do Edwarda, bohatera ulubionej powieści: ta sama blada cera, podobnie podkrążone oczy, nieziemska uroda… Czy chłopak rzeczywiście skrywa mroczny sekret?
[opis pochodzi z okładki książki] 

Czytając opis można dojść do wniosku, że jest to kolejna książka, w której pojawia się przystojniak skrywający mroczny sekret. Lecz to nieprawda.

Główną bohaterką jest Patrycja Adler, chociaż tak naprawdę równie dokładnie obserwujemy losy jeszcze jednej dziewczyny, jej najlepszej przyjaciółki – Magdy Dzik, która nazywana jest Magdzikiem. Każda z nich ma trochę inny charakter i każda zmaga się z własnymi problemami, większymi i mniejszymi. Jest to książka młodzieżowa, więc łatwo się domyślić, że w życie obu wkrada się miłość. Pod różną postacią. Magdzik podając się za starszą niż jest, poznaje w Internecie tajemniczego informatyka. Rozmawia jej się z nim jak z nikim innym. A do tego on pisze dla niej wiersze. Jedno jest pewne: nie jest to żaden wstrętny oszust, lecz kto dokładnie? Z kolei u Patrycji sytuacja wygląda tak, że nagle w sąsiedztwie jej domu zamieszkuje pewien student - Eryk. Bardzo podobny do książkowego Edwarda. Dziewczyna zdaje sobie sprawę z tego, że to niemożliwe, dlatego koniecznie chce się dowiedzieć kim naprawdę jest ten chłopak.

Nie chcę zdradzać więcej szczegółów. Główne bohaterki dają się lubić. Czytając towarzyszymy im w różnych momentach, szkole, domu. Poznajemy ich rodziny, a w szczególności rodzinę Patrycji, która w prawie każdy wtorek musi znosić hałaśliwe ‘biznesowe’ imprezy swojego ojca. Przez książkę przewijają się przykłady wielu problemów. I tych dotyczących nastolatków, a także ich rodziców. 

Całość czyta się bardzo szybko i przyjemnie. Niektóre sytuacje naprawdę mnie rozbawiły. Bardzo rozśmieszała mnie też postać samej Magdy. 

Podsumowując polecam. Książka na pewno spodoba się miłośnikom tego typu literatury. Innym także może przypaść do gustu jeśli będą mieli ochotę na raczej lekką i miłą lekturę.
Kamienie na szaniec - Aleksander Kamiński

Kamienie na szaniec - Aleksander Kamiński

Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Liczba stron:
240
Spotkałam się z tą książką tylko dlatego, że była moją lekturą w szkole. Jednak okazało się, że była ona zdecydowanie odmienna od pozostałych lektur, z którymi się spotkałam. Porusza jak mało, która książka. To wszystko za sprawą tego, że mamy w niej do czynienia z realnymi postaciami,które naprawdę były na tym świecie i robiły wszystkie te rzeczy opisane w książce.
 
Opowiada ona losy młodych ludzi w czasie II wojny światowej.Autor skupił się w niej na przedstawieniu trzech osób: Alka, Rudego i Zośki(wbrew pozorom to nie dziewczyna). W których życiu najwyższą wartością było dobro kraju i wspólnota przyjaciół. Krótko po zdaniu przez nich matury wybuchła wojna. Za wszelką cenę pragnęli działać na rzecz Polski, brali udział w różnego rodzaju akcjach, czasami bardzo niebezpiecznych. Byli tak młodzi a przyszło im się spotkać z okrucieństwem wojny, a mimo to potrafili zachować swoją przyjaźń a nawet ją umocnić.

Do momentu akcji pod Arsenałem była to dla mnie przyjemna, chociaż momentami strasznie się dłużyła, lektura którą trzeba po prostu przeczytać.Gdy dotarłam do tego fragmentu moje zdanie na jej temat uległo całkowitej zmianie. Akcja polegała na odbiciu Rudego z rąk Niemców. Wstrząsnęła mną w sposób inny niż wszystkie inny książki, które czytałam. Nie potrafiłam przestać o tym myśleć. Przez długi czas nie chciało dać mi to spokoju… Zastanawiałam się dlaczego teraz już nie ma takich ludzi? A może są? Jednak wtedy społeczeństwo było inne. Jakoś nie potrafię wyobrazić sobie takich młodych ludzi jak ci trzej w naszych czasach.
W książce realizm potęgowały zdjęcia. Fotografie postaci, grobów a nawet świadectw szkolnych.

Podsumowując książka naprawdę warta przeczytania, choćby po to aby choć trochę z perspektywy czasu zrozumieć wojnę. Ja po przeczytaniu stwierdziłam, że tak naprawdę chyba wcześniej jej nie rozumiałam.

Copyright © 2014 sekrety książek , Blogger