Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Prószyński i S-ka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Prószyński i S-ka. Pokaż wszystkie posty

Spójrz mi w oczy - Lisa Scottoline

Tytuł oryginału: Look again
Wydawnictwo:
Prószyński i S-ka
Stron: 488 


„Spójrz mi w oczy” autorstwa Lisy Scottoline porównywane jest z twórczością Jodie Picoult. Ja sama z twórczością tej drugiej pani nie miałam jeszcze do czynienia (co już od długiego czasu planuję zmienić ;)) jednak jako, że wiele o niej słyszałam, przyjęłam to za dobrą rekomendację. W dodatku historia, w której główna bohaterka dowiaduje się, że jej dziecko być może wcale nie należy do niej, bardzo mnie zaintrygowała, więc stwierdziłam, że muszę ją przeczytać. Czy dobrze zrobiłam? Jak najbardziej!

Ellen Gleeson jest szczęśliwą matką swojego adoptowanego synka Willa, ma przytulny dom, pracę, którą kocha. Mówiąc krótko wszystko w jej życiu jest poukładane. Do czasu. Pewnego dnia, wracając z pracy znajduje w poczcie ulotkę dotyczącą zaginionego dziecka. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby z kartki nie spoglądał na nią… jej własny syn, a przynajmniej łudząco do niego podobny chłopiec. Kobieta zaczyna snuć domysły. Wydaje jej się to niemożliwe, przecież adopcja została przeprowadzona zgodnie z prawem. Próbuje to zignorować i po prostu pójść dalej. Jednak instynkt macierzyński i dziennikarska natura sprawią, że potrzeba rozwiązania zagadki okaże się silniejsza, nawet jeśli prawda może okazać się bardzo bolesna.

Lisa Scottoline stworzyła świetną powieść obyczajową. Miała pomysł i w pełni wykorzystała jego potencjał. Doskonale wykreowała bohaterów. Dokładniej poznajemy tylko główną bohaterkę, czyli Ellen ale na uwagę zasługują nawet te postaci, które pojawiają się na zaledwie kilku stronach, wszystkie są różnorodne.  To „świat” Ellen stanowi centrum wydarzeń, jednak wątki poboczne, których jest całkiem sporo, dopełniają całości i czasami potrafią trochę szarpnąć nerwy czytelnika gdy ten chce już poznać rozwiązanie i gdy wydaje mu się, że już zaraz, za moment, za sekundkę prawda wreszcie wyjdzie na jaw, autorka nagle daje mu takiego małego prztyczka w nos, zwracając uwagę na coś innego. A to tylko pobudza ciekawość!

Inną rzeczą, która w tej książce przypadła mi o gustu, a o której powinnam była wspomnieć na samym początku jest to, że historia stworzona przez Lisę Scottoline jest niesamowicie realistyczna a przy tym zaskakująca i ciekawa, i nie zdziwiłabym się wcale gdyby wydarzyła się naprawdę. Nic dziwnego, że autorka w podziękowaniach tak gorliwie podkreślała, że jest to czysta fikcja.

Autorka świetnie opisała także uczucia głównej bohaterki, jej rozdarcie pomiędzy chęcią poznania prawdy a powrotem do normalnego życia. Ellen jest silną kobietą, zdolną do wielu rzeczy by ochronić synka. Nawet w trudnych chwilach potrafi zachować zdrowy rozsądek i chyba po części dlatego jej historia jest jeszcze bardziej przejmująca. Dla każdej matki taki scenariusz byłby największym możliwym koszmarem i jak śmiem przypuszczać każda matka bardzo łatwo będzie mogła utożsamiać się z Ellen. Co oczywiście nie oznacza, że na innych książka zrobi mniejsze wrażenie.

Żałuję, że z powodu braku czasu nie mogłam przeczytać tej książki w ciągu takiego czasu jakbym sobie życzyła. Przyznam, że mniej więcej w połowie był moment gdy książka zaczęła mnie trochę nudzić. Nie trwało to jednak długo. A drugą połowę na szczęście udało mi się przeczytać w normalnym tempie, co cieszy mnie tym bardziej zważając na to, że właśnie tam wydarzyło się najwięcej ważnych, zaskakujących a nawet trochę przerażających rzeczy.

Komu polecam „Spójrz mi w oczy”? Przede wszystkim osobom, lubiącym powieści obyczajowe i tego typu rodzinne historie ze szczyptą thrillera. Jestem niemalże pewna, że ta książka przypadnie wam do gustu ;)
Zaintrygowała was ta historia? Przeczytajcie, zachęcam ;)


Książkę można zakupić TUTAJ :)

_____________________________________________________________________________________________
 
Przyznam szczerze, że zdziwiły mnie Wasze reakcje na "Mechanizm serca". W przeważającej liczbie komentarzy wyraziliście chęć przeczytania książki. A po mojej dość surowej recenzji oceniającej książkę raczej jako średnią spodziewałam się lawiny komentarzy w stylu "Nie dziękuję". Jak się okazuje nie miałam racji ;)

Wintercraft - Jenna Burtenshaw

Tytuł oryginału: Wintercraft 
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 304

Główną bohaterką powieści autorstwa Jenny Burtenshaw jest piętnastoletnia Kate Winters. Jej rodzice zostali zabrani przez strażników dziesięć lat temu, a ona od tego czasu jest pod opieką swego stryja – Artemisa. Razem z drobną pomocą przyjaciela - Edgara prowadzą księgarnię w Morvane, czyli mieście, w którym mieszkają. Ich dotychczasowe życie ulega zmianie gdy do miasta ponownie przybywają strażnicy, a osobą, na której złapaniu zależy im najbardziej okazuje się  być właśnie Kate. 

Zacznę od tego, że moim pierwszym wrażeniem, które odniosłam po przeczytaniu było to, że autorka miała niezły pomysł, lecz najwyraźniej w pełni nie podołała jego realizacji. Niby wszystko co typowe dla tego typu książek przygodowych/fantasy było; i ciekawa fabuła i dość wartka akcja. Autorka starała się pokazać czytelnikowi inny od naszego, fantastyczny świat, który miał sprawić, że oderwiemy się od naszego realnego. Jednak czegoś w tym wszystkim zabrakło. Tego czegoś co odpowiada za to, że czytelnik jest ciekawy co nowego przyniesie każda kolejna strona i kiedy musi książkę odłożyć, nie może powstrzymać się by nie przeczytać jeszcze ‘tylko jednej strony’. 

Dla mnie największymi atutami książki byli jej bohaterowie. Bynajmniej nie mam na myśli głównej postaci, gdyż ta była mi zwyczajnie obojętna. Ani mi nie przeszkadzała, ani nie wzbudzała we mnie szczególnej sympatii. Po prostu była.  Za to postaciami, które polubiłam byli Edgar i Silas. Szkoda, że autorka nie zwróciła trochę większej uwagi na ich historie, które choć tylko pobieżnie przybliżone były dla mnie najbardziej interesujące w całej książce. Szkoda też, że autorka nie starała się bardziej przybliżyć charakterów wszystkich pojawiających się postaci.

Podsumowując, mimo wszystko nie odradzam czytania tej książki, ponieważ to,  że na mnie wywarła ona średnie wrażenie nie musi wcale oznaczać, że komuś innemu się nie spodoba. Ja po prostu oczekiwałam od niej czegoś innego. Akcja nie stoi w miejscu więc dla fanów gatunku z całą pewnością sprawdzi się jako chwila wytchnienia pomiędzy cięższymi powieściami. Polecam także osobom, które dopiero zaczynają swoją przygodę z literaturą fantasy. Warto również dodać, że jest to debiut tej pisarki, więc myślę, że po jej kolejnych książkach będzie można spodziewać się więcej, bo w gruncie rzeczy wystarczyłoby zmienić kilka szczegółów w Wintercrafcie i już byłoby lepiej  :)


__________________________________________________________________________

No i mamy wakacje!
Zakończyłam w swoim życiu etap  pt. gimnazjum. Teraz czeka na mnie liceum i wiele zmian, mam nadzieję, że na lepsze. 
Coś czuję, że od spraw szkolnych odetchnę dopiero gdy ujrzę na liście przyjętych swoje nazwisko, a do tego momentu zostało jeszcze 6 dni! Ze swoich wyników na koniec gimnazjum jestem zadowolona, a zwłaszcza z wyników egzaminu gimnazjalnego, które to sprawiły mi dużą satysfakcję, więc jestem dobrej myśli. :)

Jak mijają Wam pierwsze dni wakacji? 
Moje wakacje rozpoczęły się rewelacyjnie, a pierwszego ich dnia nigdy nie zapomnę! ;)
Dobrani - Ally Condie

Dobrani - Ally Condie

Tytuł oryginału: Matched
Seria: ?
Część: 1
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 352

Potraficie wyobrazić sobie realia, w których nie można samemu zdecydować o tym jaką pracę chce się w wykonywać, gdzie mieszkać, co czytać, słuchać, oglądać… z kim związać się na całe życie? Realia, w których, z góry powiedziane jest kiedy umrzesz? Mało tego nikt nawet nie próbuje sprzeciwiać się takim nakazom i zakazom władzy, która wszystkim steruje. Ludzie wcale nie traktują tego wszystkiego jako ograniczeń. Sądzą, że to wszystko dla ich dobra. Ich życie jest przez to idealne. Ma być idealne. Ale czy takie naprawdę jest? 

Właśnie tak wygląda świat, w którym przyszło żyć głównej bohaterce powieści pt. „Dobrani”. Cassię poznajemy jako zwyczajną dziewczynę, robiącą to co należy do jej obowiązków i przestrzegającą zasad. Ufa, że Społeczeństwo pragnie tylko i wyłącznie jej dobra. Szczerze wierzy, że z chłopcem, którego ujrzy podczas Bankietu Doboru, spędzi szczęśliwe i bezpieczne życie. Gdy okazuje się być nim jej najlepszy przyjaciel Xander, wie, że będą idealnie dobraną parą. Inaczej być po prostu nie może. W uporządkowane życie Cassii wkracza chaos, kiedy dzień po tym bankiecie na jej mikrokarcie zamiast twarzy Wybranka pojawia się twarz Ky’a. Od tego momentu wszystko zaczyna się zmieniać. Bohaterka zaczyna myśleć w inny sposób niż dotychczas. Zaczyna się zastanawiać na różnymi rzeczami… Powoli, stopniowo zaczyna budzić się w niej chęć buntu. 

Cassii niemało czasu zajmuje zrozumienie, iż wszystko nie jest takie jakie dotychczas jej się wydawało. Ogromną rolę odgrywa w tym procesie Ky, który chociaż wprowadza w jej życie zamęt,  ukazuje jej wiele rzeczy takimi jakimi są naprawdę. Jednak Wybrankiem Cassii nadal pozostaje Xander, a ona musi zdecydować czy chce żyć pod dyktando Funkcjonariuszy czy też na własnych warunkach.

Książka ta idealnie pokazuje, że nie można stworzyć świata idealnego. To po prostu niemożliwe. Świat, który w swojej książce zaprezentowała czytelnikom Ally Condie jest przede wszystkim pełen fałszu i zakłamania. Pod przykrywką porządku i bezpieczeństwa ludzie w gruncie rzeczy funkcjonują jak w jednej wielkiej klatce. Chwilami można uznać za na swój specyficzny sposób przerażające, to jak Obywatele bezkrytycznie robią wszystko czego oczekuje od nich Społeczeństwo. Ślepo wierzą w to co jest im wmawiane. Ich życie, które ma być pozbawione wad, tak naprawdę ma ich mnóstwo.

Historia zaciekawiła mnie od samego początku. Jednak będąc mniej więcej na półmetku odniosłam wrażenie, że akcja tkwi w miejscu. Bałam się już, że ostatecznie wbrew moim oczekiwaniom książkę będę musiała zaliczyć do grona przeciętnych. Nie zdradzę szczegółów, ale mogę powiedzieć tylko, że to co wydarzyło się pod koniec, zdecydowanie zneutralizowało moje wcześniejsze wrażenie i sprawiło, że  gdyby tylko była taka możliwość najchętniej od razu sięgnęłabym po drugą część. Dodam też słówko o okładce, która według mnie doskonale pasuje do tej książki. Jest prosta, nieskomplikowana a przy tym intryguje i zwraca uwagę.

Podsumowując, jest to powieść, która wyraża wiele różnego rodzaju emocji.
Poza tym jej akcja toczy się w przyszłości więc pozostaje tylko mieć nadzieję, że takie realia jak te w niej przedstawione nigdy nie znajdą odzwierciedlenia w naszym świecie. 
A tymczasem ja polecam Wam „Dobranych”.

 
_________________________________________________________________________
Uff... Nareszcie mogę odetchnąć po testach i wrócić do mojego normalnego trybu czytania książek! ;D

Koniec wszystkiego - Megan Abbott

Tytuł oryginału: The End of Everything
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 240


Opis:
Znika trzynastolatka. Policja, chcąc ustalić okoliczności zaginięcia, przesłuchuje jej najlepszą przyjaciółkę – Lizzie. Dziewczynki rozstały się na boisku szkolnym, Evie miała wracać do domu pieszo, ale nigdy do niego nie dotarła. Z każdym dniem Lizzie przypomina sobie więcej szczegółów, które mogą się okazać kluczowe dla śledztwa. Podobno co noc pod oknem Evie czekał obcy mężczyzna, przyjaciółki miały też wrażenie, że śledzi je samochód… Czy te informacje mogą mieć coś wspólnego z zaginięciem nastolatki i czy dzięki wskazówkom Lizzie uda się ją odnaleźć?
 [opis pochodzi z okładki książki]

Podchodząc do pisania tej recenzji, nie miałam najmniejszego pojęcia jak mogłabym ją zacząć. „Koniec wszystkiego” jest z całą pewnością jedną z tych książek, które trudno jednoznacznie zakwalifikować do konkretnej kategorii. Jej opis nasuwa na myśl skojarzenie z kryminałem. Jednak dostajemy opowieść o wiele bardziej skomplikowaną niż nam się wydaje. W której w grę wchodzą uczucia tak dziwne, ale zarazem prawdziwe, że nic nie stoi na przeszkodzie by taka historia mogła wydarzyć się naprawdę, choć wątpię by ktoś mógł chcieć aby to stało się w rzeczywistości. 

Opowieść o zaginięciu trzynastoletniej Evie Verver nie należy do łatwych, lekkich i przyjemnych. Pełna jest dwuznacznych i kontrowersyjnych elementów. Trzeba się w nią zagłębić i starać się zrozumieć. Autorka nie podaje rozwiązań na tacy, tylko sprawia, że czytelnik zastanawia się nad wszystkimi szczegółami razem z Lizzie, przyjaciółką zaginionej. Jej życie zmieniło się w ciągu jednej krótkiej chwili, gdy spod szkoły odebrała ją mama, a Evie w tym czasie miała wrócić do domu pieszo.
Co się wtedy stało? Dlaczego nie wróciła? Czy coś jej się stało?… Czy żyje?
W głowie Lizzie aż kłębi się od domysłów. Nagle wszyscy wokół, a zwłaszcza pan Verver, którego zawsze darzyła sympatią, oczekują od niej odpowiedzi. Wierzą, że skoro znała ją od wczesnego dzieciństwa, być może posiada jakąś wiedzę, która mogłaby im pomóc w śledztwie. Dla dziewczynki wszystko to jest bardzo trudne, jednak z czasem w jej głowie pewne myśli i wspomnienia jak kawałki puzzli zaczynają układać się w szokującą całość. 

W całej opowieści nie sposób dopatrzeć się jednego dna, wyraźnego dna. Chociaż wszystko opiera się na głównym wątku, w czasie czytania wyłania się kilka drobniejszych, które na pozór są nieważne, ale autorka tak to wszystko skonstruowała by w najmniejszym szczególe można doszukać się jakiegoś znaczenia. Jest to książka bardzo specyficzna, porusza wiele psychologicznych i trudnych kwestii.
 
Czy to na co zostaje zwrócona nasza uwaga, można nazwać piękną miłością nieszczęśliwego, złamanego życiem człowieka, tak jak w pewnym momencie w swoich rozmyślaniach zaczyna to robić Lizzie?

Skąd można wiedzieć, w którym miejscu przebiega granica między anormalnym, lecz nieszkodliwym zachowaniem, a prawdziwą i niebezpieczną obsesją człowieka psychicznie chorego?
Nie są to łatwe pytania, dlatego nie można otrzymać na nie prostych odpowiedzi. O ile w ogóle, na takie pytania można otrzymać jakiekolwiek odpowiedzi.

Dla mnie czytanie tej książki było interesującym przeżyciem. Do samego końca ciekawa byłam pojawiających się kolejnych informacji, a zakończenie na swój sposób mnie zaskoczyło, ponieważ rzuciło nowe światło na całą sprawę. Nie jest to lekka i przyjemna lektura, jest wymagająca ale za to warta uwagi, ponieważ potrafi nie tylko pochłonąć czytającego, ale też wymaga od niego zastanowienia i daje do myślenia.

Charlie St. Cloud - Ben Sherwood

Tytuł oryginału: The Death and Life of Charlie St. Cloud
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Stron: 232

Opis:
Szesnastoletni Charlie St. Cloud cudem uniknął śmierci w wypadku samochodowym. Jego młodszy brat, Sam, umarł podczas reanimacji.
Mijały lata, a Charlie wciąż mieszkał w rodzinnym miasteczku w Nowej Anglii. Kosił trawniki i dbał o groby na starym cmentarzu, gdzie pochowano Sama. Po wypadku został obdarzony zadziwiającą zdolnością: mógł widywać zmarłego, rozmawiać z nim, a nawet grać z duchem Sama w baseball.
Pewnego dnia w jego zorganizowane życie wkracza Tess Carroll, wspaniała i silna młoda kobieta, planująca samotny rejs dookoła świata. Niepowtarzalne uczucie, które ich połączy, stanie się początkiem dramatycznych zdarzeń, prowadzących do wyboru między śmiercią i życiem, przeszłością i przyszłością, przyzwyczajeniem i zmianami.
[opis pochodzi z okładki książki]

Na początek warto wspomnieć, że ta książka ukazała się już 2005 roku pod tytułem „Niewiarygodna historia miłosna” i gdyby się uprzeć można by wyłącznie tymi trzema słowami opisać tę książkę. Taka ona właśnie jest – niewiarygodna. Towarzyszy jej tajemnicza i niesamowita aura. Czytając byłam w stanie uwierzyć autorowi, że taka historia zdarzyła się naprawdę, ponieważ mimo kilku istotnych fantastycznych elementów wydawała mi się ona bardzo realna.
Historia dwóch braci, poruszyła mnie od samego początku. Dwaj bardzo bliscy sobie bracia zostają rozdzieleni zbyt wcześnie, przez nieszczęśliwy wypadek, którego można było uniknąć; gdyby… No właśnie zawsze w taki sytuacjach pojawia się to jedno słowo – gdyby. Można gdybać bez końca ale czy to coś zmienia, czy pomaga?

Jednym z najbardziej poruszających momentów w całej tej historii był moment gdy obaj chłopcy zaraz po wypadku przebywali w świecie „pomiędzy” i to jak Charlie obiecał młodszemu bratu, że nigdy go nie opuści. Chociaż doskonale wiedziałam, że dwaj bracia nie zostaną uratowani i tak czytając opis desperackiej akcji ratunkowej miałam cichutką nadzieję; a może jednak? Pomijając ten moment, tak właśnie jest z tą książką. Mam tutaj głównie na myśli Charliego i Tess, i to co ich spotkało. Nie zdradzę jak potoczyła się ich znajomość i co w niej było takiego niesamowitego, ale jeżeli chodzi o mnie mogę powiedzieć, że kilka razy byłam niezmiernie zaskoczona. Na początku gdy nastąpiło spotkanie Charliego i młodej żeglarki nic nie wskazywało na coś niezwykłego. Młodzi ludzie, zakochali się w sobie od pierwszego wejrzenia. Nic nadzwyczajnego, prawda? Gdy dotarłam do tego fragmentu miałam już dokładnie ułożoną w głowie wizję tego co będzie dalej, lecz nie trwało długo by moje przypuszczenia rozwiały się całkowicie.

Osobiście lubię tego typu książki, w których poruszana jest kwestia życia po śmierci. W końcu kto z nas ani razu w swoim życiu nie zastanawiał się nad tym jak to będzie gdy…?
Moim zdaniem ta książka ma w sobie specyficzną magię. Łączy dwa światy. Taka wizja „życia po życiu” jest intrygująca. Mogłoby się wydawać, że książka, w której opisane są relacje między braćmi, z których jeden z nich nie żyje, większość akcji rozgrywa się na cmentarzu, na którym mieszka i pracuje główny bohater, będzie powieścią smutną. Wbrew pozorom tak nie jest.
Według mnie "Charlie St. Cloud" to cudowna, niezwykle ciepła opowieść, skłaniająca do refleksji i napełniająca nadzieją, że wszystko ma swój sens a każdy człowiek ma w życiu szansę na bycie szczęśliwym. 


__________________________________________________________________________
Dziękuję wszystkim za wspaniałe życzenia! ;)

Odyseja kota imieniem Homer - Gwen Cooper

Tytuł oryginału: Homer’s Odyssey
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron:
256 

Prawdziwa historia ślepego kota i kobiety, którą nauczył miłości…
Ostatnią rzeczą, jakiej pragnęła Gwen, był jeszcze jeden kot. W domu miała już dwa, a do tego kiepsko płatną pracę i złamane serce. Kiedy jednak znajoma weterynarz opowiedziała jej historię porzuconego kotka z usuniętymi gałkami ocznymi, kobieta nie wahała się ani chwili. To była miłość od pierwszego… wejrzenia. 

Historia dla każdego, kto choć raz w życiu obdarzył miłością domowego zwierzaka lub o tym marzy. 
[opis pochodzi z okładki książki]

Jako miłośniczka zwierząt gdy tylko przeczytałam opis tej książki, nie mogłam przejść obok niej obojętnie. Historia Homera od początku mnie poruszyła.

Kilkudniowy kociak, który nie zdążył jeszcze otworzyć oczu, musiał być ich na zawsze pozbawiony. Opiekująca się nim pani weterynarz, chcąc mimo wszystko walczyć o jego życie, najpierw usunęła mu oczy, potem starała się znaleźć dla niego dobry dom. Zaczynała tracić nadzieję gdy w końcu zatelefonowała do Gwen Cooper, która zgodziła się przyjechać obejrzeć kociaka i wtedy stało się jasne, że Homer trafi właśnie w jej ręce.
Wydaje się, że kot, który tyle przeszedł w swoim wczesnym dzieciństwie, na zawsze pozostanie „zakompleksionym” i unikającym ludzi zwierzakiem. Mało tego czy w ogóle uda mu się dostosować do życia bez oczu. Czy nauczy się normalnie poruszać?
Między innymi takie wątpliwości miała Gwen gdy go do siebie brała. Zupełnie niepotrzebnie. Okazało się bowiem, że Homer jest cieszącym się każdą chwilą, rządnym przygód odkrywcą, któremu nic nie staje na przeszkodzie w drodze do osiągnięcia wyznaczonego celu. Z łatwością opanowuje wszystkie czynności normalnych kotów. Nigdy nie widział, więc też mu tego nie brakuje. Wiąże się to z tysiącami zabawnych sytuacji. Na przykład Homer nie potrafi zrozumieć czemu gdy skrada się do Scarlett (jeden z dwóch pozostałych kotów), ona zawsze reaguje w porę i nie daje się zaskoczyć? Przecież skrada się tak cichutko! Nie wie tylko, że zawsze podchodzi do niej od przodu, a ona go w tym czasie obserwuje.
Ten kot potrafi zaskarbić sobie miłość niemal każdego osoby, która chce go poznać.
Homer pokazuje swojej „Mamie”, co jest w życiu naprawdę ważne. On, który obdarzył ją bezbrzeżną miłością i zaufaniem.

Wszystkie wydarzenia poznajemy z punktu widzenia autorki. Jesteśmy świadkami jak życie jej i kotów się zmienia, bo oprócz tematu kotów opowiada ona co nieco o sobie. Mimo to najważniejszą rolę w tym wszystkim odgrywa Homer. Mały czarny i ślepy kotek, który swoim zachowaniem i podejściem do życia znacząco zmienia Gwen. Czytając obserwujemy różne etapy jej życia, wzloty i upadki, a przy tym dokładnie poznajemy jej koty. Wielokrotnie rozśmieszały mnie ich wyczyny. 

Warto także dodać, że Gwen Cooper mieszkała niedaleko Wież World Trade Center, gdy nastąpił zamach. Opisuje bardzo dokładnie jak to wyglądało, gdy nikt jeszcze nie wiedział co dokładnie się stało – panikę ludzi pragnących jak najszybciej się oddalić od tej części miasta, szok gdy widzą płonące wieże, a potem niedowierzanie gdy wieże, które stanowiły nieodłączny punkt na panoramie miasta runą pochłaniając tysiące ofiar.
Przedstawia też swoją dramatyczną walkę o możliwość dotarcia do kotów, które zostały w mieszkaniu. 

Bardzo polecam miłośnikom zwierząt i nie tylko. Każdy znajdzie w niej coś dla siebie. Mnie ta książka zdecydowanie urzekła.

Chcących zobaczyć jak wygląda ten wyjątkowy kot, zapraszam na stronę
www.gwencooper.com. Są tam jego zdjęcia, a także filmik.
Copyright © 2014 sekrety książek , Blogger