Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Świat Książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Świat Książki. Pokaż wszystkie posty
Cyrk nocy - Erin Morgenstern

Cyrk nocy - Erin Morgenstern

Tytuł oryginału: The Night Circus
Wydawnictwo: Świat Książki
Stron: 429

Długo nie mogłam zabrać się za pisanie tej recenzji. Chciałam to zrobić najlepiej jak tylko potrafię, lecz nie miałam pojęcia jak zacząć. Zresztą nadal nie wiem. „Cyrk nocy” jest bowiem jedną z najbardziej wyjątkowych książek, jakie w swoim życiu miałam okazję przeczytać i choć od dobrych kilku dni zastanawiam się nad tą recenzją, nadal nie wiem jak mogłabym oddać wartość tego dzieła. A warto od razu zaznaczyć, że należą mu się wszelkie słowa uznania...

Zaczynając czytać, nikt nie pyta czy masz ochotę zajrzeć do tego magicznego cyrkowego świata. On sam Cię przyzywa, przyciąga hipnotyzuje i ani się obejrzysz spacerujesz po ścieżkach tego czarno-białego cyrku, pełnego magii i niewytłumaczonych zjawisk. Miejsca, które zdaje się być oderwane od reszty świata, żyć własnym życiem. Cyrk pojawia się i znika nie wiadomo kiedy i skąd, a w jego progi można udać się tylko po zmroku. To tam toczy się niecodzienna rozgrywka, z której istnienia początkowo nie zdają sobie sprawy nawet jej uczestnicy. Le Cirque des Reves jest jedyny w swoim rodzaju, a wizyta w nim może odmienić Cię na zawsze.


Jeżeli ktoś czytał już „Cyrk nocy”, wie jak trudno jest oddać swoje wrażenia po przeczytaniu tej książki. Trafia w najczulsze miejsce i nie daje o sobie zapomnieć. Nie mogę wyjść z podziwu dla wyobraźni Erin Morgenstern. Jej debiutancka powieść wręcz mami czytelnika swą doskonałością, do tego stopnia, że gdy coś okaże się dla niego niejasne, będzie bardziej skłonny zwalić to na karb swojej ignorancji i niewiedzy, niż zarzucić błąd pisarce. Autorka zadbała o to, by atmosfera tajemnicy i magii nie opuszczała czytelnika do samego końca. Stworzyła zarazem niesamowitą i przedziwną historię, w której mieszają się wszelkiego rodzaju doznania. Wyobraźnia pracuje na najwyższych obrotach, a Ty czujesz się tak jakbyś razem z uroczymi Gizmo i Szkrabem zajadał się myszami z czekolady. Innym razem oglądasz występ iluzjonistki Celii, by zaraz potem towarzyszyć Marco, w tworzeniu nowych niesamowitych atrakcji, a gdy noc dobiega końca pragniesz, by jak najszybciej nastał zmierzch. Czytając, zostajesz wciągnięty w ten niesamowity świat, w którym nic nie jest takie jakim się wydaje. Zło może być dobrem, dobro złem, a wszystko jest równie piękne. Nie wiadomo, po której stronie leży granica między rzeczywistością a magią, nie wiadomo czy taka granica w ogóle istnieje…



Pisząc, o „Cyrku nocy” nie można nie wspomnieć, o kunszcie pisarskim pani Erin Morgenstern. Akcja powieści toczy się w XIX wieku, a czytając można odnieść wrażenie jak gdyby, cała książka przybyła do nas właśnie z tamtego okresu. Jak gdyby była już od dawna klasykiem literatury. Aż chciałoby się zapytać dlaczego tak mądrej i wspaniałej lektury nie omawia się w szkołach. Niesamowite jest także to, że „Cyrk nocy” choć jest powieścią zawiłą, wręcz wielowątkową, koniec końców zamyka się w tak spójną całość, jak mało, które opowieści. A dobiegając w napięciu do ostatnich stron, pojmując na nowo wiele rzeczy ma się ochotę zacząć od początku, by zwrócić uwagę na niuanse, których wcześniej się nie dostrzegło.


Wszystkich Was i każdego z osobna zachęcam do sięgnięcia po „Cyrk nocy”. Każdy na pewno wyniesie z tej lektury coś innego, każdy inaczej ją zinterpretuje. Jedno jest pewne, okładka choć przepiękna, opis choć zachęcający… nic nie jest w stanie w pełni oddać klimatu Le Cirque des Reves. Myślicie sobie pewnie teraz, o czym jest ta książka, co w niej takiego znajdziecie. Wiecie, że będzie pojedynek. Owszem, jednak z pewnością nie taki jakiego się spodziewacie. Miłość? Można pomyśleć: to już przecież było. O nie. Miłość, z którą się tu spotkacie będzie jedyna w swoim rodzaju. 


A więc, czy jesteście gotowi przeżyć przygodę? Jeśli tak, udajcie się zatem w progi Le Cirque des Reves i pozwólcie się na każdym kroku zaskakiwać. Ja sama jestem pewna, że w przyszłości ponownie zagłębię się w tę historię i w głębi duszy już cieszę się, na myśl o ponownym spotkaniu z bohaterami, którzy choć tajemniczy, stali mi się tak bliscy.

Wyznania zakupoholiczki - Sophie Kinsella + Kwestia audiobooków

Lektor: Edyta Jungowska
Wydawca: Świat Książki
Czas (min): 614


Otwarcie przyznaję się do tego, że nie przepadam za ebookami. Ale co z popularnymi ostatnimi czasy audiobookami? Jako, że nie miałam z nimi wcześniej do czynienia, gdy dostałam od serwisu Audeo.pl propozycję zrecenzowania wybranego audiobooka, postanowiłam spróbować i przekonać się na własnej skórze. Zdecydowałam się na audiobook „Wyznania zakupoholiczki”, ponieważ oglądałam już wcześniej ten film i wiedziałam czego się spodziewać, a nie chciałam by przypadkiem moje wrażenia z słuchania zepsuła książka, która mi się nie spodoba. Poza tym zwariowane perypetie głównej bohaterki - Beckie, są lekką, wręcz banalną rozrywką, doskonałą dla zabicia czasu, a tego właśnie od audiobooka oczekiwałam. 

Rebeka Bloomwood kocha wydawać pieniądze, nie byłoby w tym pewnie nic złego gdyby nie miała debetu na koncie. Pracuje jako dziennikarka zajmująca się sprawami finansowymi, chociaż nie ma o tym zielonego pojęcia. Ciągle docierają do niej upomnienia z banku, a ona wymyśla coraz to nowe wymówki i nie odmawia sobie pokusy skorzystania z kolejnych promocji i wyprzedaży…


Książka jak książka. Pewnie większość z was oglądała film, albo czytała książkę, a może jedno i drugie, dlatego też nie zamierzam się na niej zbytnio skupiać. Jak już wspomniałam, nie wymaga ona szczególnej uwagi, dobrze nadaje się do podczytywania w wolnych chwilach, gdy nie możemy poświęcić zbyt wiele czasu na lekturę. Ot zwykła, przewidywalna obyczajowa kobieca literatura, po której nie należy spodziewać się czegoś odkrywczego. I jako taka swoje zadanie spełnia ona całkiem nieźle. Chociaż mnie momentami zaczynały już działać na nerwy bardzo „inteligentne” przemyślenia Rebeki na temat tego, gdzie widziała coś niesamowitego i co oszałamiającego ostatnio kupiła, jednak mogę przymknąć na to oko, zważając na wiele zabawnych sytuacji, które wiązały się z zakupoholizmem głównej bohaterki ;)

Przejdźmy do tego, na co chciałam szczególnie zwrócić uwagę w tej recenzji, a mianowicie do kwestii audiobooków. Czytająca „Wyznania zakupoholiczki” Edyta Jungowska moim zdaniem spisała się znakomicie. Rewelacyjnie wcieliła się w rolę Beckie, przez nią główna bohaterka zdawała się ciekawsza. Jej „gra głosem” była po prostu niesamowita. Przyjemnością było słuchanie czytanej przez nią książki. Dlatego jeśli ktoś z Was będzie kiedyś zastanawiał się nad jakimkolwiek audiobookiem w wykonaniu tej pani, akurat o tą kwestię w zupełności nie musi się martwić. 

Audiobooki są idealne dla zapracowanych, ponieważ zawsze podczas słuchania można wykonywać inne czynności, co nie jest możliwe z normalną książką. Książki w takim wydaniu świetnie sprawdzą się w przypadku osób spędzających wiele godzin za kierownicą. Jednak by uwydatnić sens istnienia audiobooków, wystarczy wspomnieć o ludziach niewidomych, lub po prostu mających problemy ze wzrokiem, a także niepełnosprawnych nie mogących sięgnąć po tradycyjne książki. Audioksiążki stwarzają im niepowtarzalną okazję do zagłębienia się w magiczny świat literatury, co inaczej nie byłoby możliwe. 

A co ja sądzę na ten temat? Moim zdaniem, to rewelacyjna sprawa jednak niekoniecznie dla mnie. Ja mimo wszystko znacznie bardziej wolę w słuchawkach słyszeć muzykę, a książkę mieć przed sobą. W czasie, w którym słuchałam audiobooka równie dobrze mogłabym sięgnąć po zwykłą książkę, dlatego póki co, akurat w moim przypadku nie mają one szczególnej racji bytu. Czy jeszcze kiedyś sięgnę po audiobook? Nie planuję tego robić w najbliższej przyszłości, jednak jak to mówią „nigdy nie mów nigdy” ;)

Jakie jest Wasze zdanie na temat audiobooków?
Mechanizm serca - Mathias Malzieu

Mechanizm serca - Mathias Malzieu

Tytuł oryginału: La mécanique du cœur
Wydawnictwo: Świat Książki
Stron: 167

„Mechanizm serca” przeczytałam już późną zimą tego roku. Sama nie  wiem dlaczego do tej pory nie napisałam jego recenzji. Chyba po prostu dlatego, że nie byłam, zresztą nadal nie jestem, zdecydowana jak tę książkę ocenić. Ostatecznie jednak najwyraźniej potrzeba napisania kilku słów na jej temat okazała się silniejsza.

Po pierwsze, nie dotykaj wskazówek. Po drugie, opanuj złość. Po trzecie, nigdy, przenigdy nie zakochaj się. Wtedy bowiem duża wskazówka na zawsze przebije Ci skórę, Twoje kości rozsypią się, a mechanizm serca znowu pęknie.

„Mechanizm serca” opowiada historię Jacka, chłopca urodzonego w najzimniejszy dzień w dziejach świata. Jego normalne serce zamarzło, dlatego by mógł dalej żyć zastąpiono je zegarem z kukułką. By działał bez przeszkód, chłopiec za wszelką cenę będzie musiał unikać silnych emocji. Co okaże się niewykonalne, gdy na jego drodze stanie mała, śliczna śpiewaczka - Miss Acacia.

Pamiętam, że ta książka przykuła moją uwagę od razu jak tylko zobaczyłam ją gdzieś w zapowiedziach. Historia o chłopcu z zegarem zamiast serca? Coś nowego! Okładka przywiodła mi na myśl skojarzenie z filmem Tima Burtona „Gnijąca panna młoda”, który uwielbiam. Poza tym jest ona po prostu śliczna. Do tego zamieszczony na niej napis „baśń dla dorosłych”, a autor jest francuskim muzykiem rockowym. Wszystko łącznie dopełniło czaru i sprawiło, że pomyślałam: „Ta książka musi być wyjątkowa!”

Byłam niemalże pewna, że ta książka zapadnie mi w pamięć. A czy tak się stało? Niezupełnie. Miałam wobec niej spore oczekiwania, a ona ich nie spełniła. Naprawdę ciężko jest mi ją oceniać, ponieważ już przed lekturą miałam w głowie ułożoną wizję tego, jak ta historia ma wyglądać. Pod tym względem bardzo się zawiodłam. Owszem, było baśniowo, klimatycznie, nostalgicznie, ale z całą pewnością nie jest to taka baśń jakiej oczekiwałam, bo „Mechanizm serca” jest baśnią mroczną, surową, a nawet okrutną, a określenie „dla dorosłych” charakteryzuje ją w nie taki sposób, jak bym sobie tego życzyła. Miłość dwójki bohaterów, zamiast magii, pełna jest pożądania. Czytając bywało tak, że odczuwałam sprzeczność pomiędzy domniemanym wielkim uczuciem Jacka do Miss Acaccii, a ich rzeczywistymi relacjami, które głównie opierały się właśnie na pożądaniu. A w ich potajemnych schadzkach ciężko było mi doszukiwać się jakiegoś romantyzmu.

„Mechanizm serca” z założenia miał być książką o poszukiwaniu szczęścia. Dla mnie jednak tego szczęścia było stanowczo zbyt mało. Życie głównego bohatera jest przygnębiające, pełne smutku i żalu. A jedynymi prawdami o życiu jakie jego historia ukazuje są te, których znajomość raczej nie podnosi człowieka na duchu. 

Cała przyjemność i radość, które daje miłość, muszą pewnego dnia odbić się cierpieniem. A im mocniej się kocha, tym ból będzie silniejszy. Doświadczysz pustki, potem udręki zazdrości, niezrozumienia, poczucia odrzucenia i niesprawiedliwości. Doznasz chłodu aż w kościach, a krew zamieni się w kostki lodu, które poczujesz pod skórą. Zegar twojego serca rozpadnie się.

Na podstawie książki powstanie film. Zapowiedziany jest on na październik 2013. Ja na pewno z przyjemnością go obejrzę. Lubię francuskie kino, a ta historia pomimo tego co napisałam, bardzo dobrze wpasowuje się w konwencję, jaką lubię. Tymczasem można także obejrzeć teledysk zespołu Dionysos, którego wokalistą jest Mathias Malzieu do piosenki „Tais toi mon coeur” (swoją drogą całkiem przyjemnej) w pewnym sensie obrazujący historię Jacka.


Nie żałuję, że przeczytałam „Mechanizm serca” chociaż po tym co napisałam może wydawać się inaczej. Wręcz przeciwnie uważam, że jest on wart poświęcenia mu swojego czasu. Nietuzinkowa historia Jacka zdecydowanie ma swój urok i potrafi wkraść się w łaski czytelnika. Idealna na jesienne i zimowe wieczory, jeśli ma się ochotę popaść w melancholijny nastrój. Mimo swoich wad, nie jest to książka obok, której można przejść zupełnie obojętnie.


Książkę możecie zakupić TUTAJ :)

Kwiaty na poddaszu - Virginia C. Andrews

Tytuł oryginału: Flowers in the Attic
Wydawnictwo: Świat Książki
Stron: 384


Czy zastanawialiście się kiedyś jakby to było być zamkniętym przez dłuższy czas w jednym pomieszczeniu? Każdy z nas przyzwyczajony jest do przestrzeni, możliwości wyjścia w każdej chwili na dwór by zaczerpnąć powietrza, by spotkać innych ludzi. Nikt z nas tego nie docenia, ponieważ mamy to na co dzień, nie musimy o to walczyć ale też nikt nie chce nam tego odebrać. 
Zupełnie inaczej sprawa ma się w przypadku bohaterów książki „Kwiaty na poddaszu”. Po utracie kochającego ojca i męża rodzina Dollangangerów nie może dalej mieszkać w swoim domu, który jest obciążony hipotecznie dlatego matka decyduje się zabrać czwórkę dzieci do swojego rodzinnego domu, gdzie mają wieść dostatnie życie. Wszystko komplikuje się w momencie, gdy oznajmia dzieciom, że najpierw musi odzyskać względy swego ojca zanim mu ich przedstawi, gdyż przed laty została wydziedziczona za poślubienie swojego wujka. Właśnie dlatego wraz z babcią pod osłoną nocy prowadzi ich do pokoju z łazienką w nieużywanej części ogromnej posiadłości. Przyrzeka, że zostaną tam bardzo krótko, jednak mimo jej obietnic mijają kolejne dni, potem tygodnie, miesiące… a oni nadal pozostają w zamknięciu. Odcięci od świata, starsi z rodzeństwa dwunastoletnia Cathy i czternastoletni Chris próbują zrozumieć to co ich spotkało, ufają swojej mamie i wiedzą, że ona robi to dla ich dobra, chociaż z czasem budzi się w nich coraz więcej wątpliwości. Muszą także opiekować się Cory’m i Carrie – pięcioletnimi bliźniętami, które nie rozumieją dlaczego nie mogą pójść do mamy ani wyjść pobawić się na dwór, a jedynym miejscem gdzie mogą pobiegać jest przeogromne ponure poddasze, którego w dodatku się boją. Jednak problemy, z którymi będą borykać się na początku okażą się niczym w porównaniu z tym co spotka ich później.
 
Historia czworga rodzeństwa poruszyła mnie do głębi. Nie pamiętam kiedy ostatnio jakaś powieść wstrząsnęła mną do tego stopnia i wywołała tyle rozmaitych uczuć i myśli. Wciągnęła mnie niemalże od pierwszej strony, sprawiła, że nie mogłam się od niej oderwać i czytałam dopóki nie skończyłam. Czytając nie byłam w stanie przewidzieć tego co może przydarzyć się bohaterom. Ich życie toczyło się w pokoju i na poddaszu, przez co jeszcze trudniej można było sobie chociażby wyobrazić co się z nimi dalej stanie. Większość rzeczy, która ich spotkała była dla mnie zupełnym zaskoczeniem, a gdy zdawało mi się, że wiem co zaraz nastąpi, zdarzenia przybierały kompletnie inny obrót. 

Autorka porusza wiele bardzo trudnych tematów, takich jak m.in. kazirodztwo i fanatyzm religijny. Mówi o nich w śmiały, zdecydowany sposób, który może budzić kontrowersje. Widać, że się ich nie boi. Całą budzącą grozę historię poznajemy z punktu widzenia Cathy, która dzieli się z nami cierpieniem swoim i swojego rodzeństwa, a także wątpliwościami, których z biegiem czasu tylko przybywa. Poznajemy jej uczucia i obawy, marzenia i nadzieje. Virginia C. Andrews świetnie wykreowała bohaterów swojej książki, wszystkich bez wyjątku. Każdy z nich ma swój odrębny, wyróżniający się charakter i w inny sposób zwraca naszą uwagę. Najbardziej jest to widoczne oczywiście w przypadku czwórki rodzeństwa: Cathy, początkującej baletnicy; Chrisa, przyszłego lekarza; małego Cory’ego, uzdolnionego muzyka i wiecznie rozgadanej Carrie, którzy obarczeni ponurą rzeczywistością, pozbawieni normalnego dzieciństwa próbują sobie radzić, ale cierpienie i problemy, jakie ich dotykają przytłoczyłyby niejednego dorosłego. Ani przez moment nie wątpimy w ich rzeczywistość, wierzymy w ich uczucia i przeżywamy wszystko razem z nimi. 

Virginia C. Andrews napisała tę powieść w 1979 roku, w Polsce została ona wydana w 1993 i pewnie gdyby wydawnictwo Świat Książki nie zdecydowało się wydać jej wznowienia, bardzo prawdopodobne, że nigdy bym się na nią nie natknęła, a co dopiero przeczytała, dlatego pragnę z całego serca temu wydawnictwu za to podziękować! Już teraz wiem, że gdy upłynie jakiś czas wrócę do „Kwiatów na poddaszu” i Dollangangerów by ponownie to wszystko razem z nimi przeżyć. Tymczasem z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy ich szokującej historii opisany w książce „Płatki na wietrze”.

A jeżeli jeszcze nie przekonałam was do lektury „Kwiatów na poddaszu”, dodam, że gdy tylko książka do mnie dotarła, porwała mi ją sprzed nosa mama, która od razu poczuła do niej przyciąganie i nie oddała dopóki nie skończyła. Długo nie musiałam czekać, ponieważ przeczytała ją w ekspresowym tempie. Teraz gdy ja już jestem po lekturze, zamierza zabrać się za nią także mój tata, ponieważ chce osobiście przekonać się co takiego w tej historii tkwi, że do tego stopnia nami zawładnęła. 

Według mnie „Kwiatki na poddaszu” w pełni zasługują na miano światowego bestsellera.

Radleyowie - Matt Haig

Tytuł oryginału: The Radleys
Wydawnictwo: Świat Książki 
Stron: 352

Można mieszkać tuż obok rodziny wampirów i nie mieć pojęcia, że ludzie, których macie za sąsiadów, w głębi duszy chcą wam wyssać krew z żył. Jest to tym bardziej możliwe, jeżeli połowa wyżej wymienionej rodziny sama nie zdaje sobie z tego sprawy.*

Zastanawialiście się kiedyś nad możliwością, że wasi sąsiedzi są wampirami? Ja też nie, ale po przeczytaniu „Radleyów” odnosi się wrażenie, że wszystko jest możliwe. Tytułowa rodzina na pierwszy rzut oka nie wyróżnia się niczym szczególnym, jest zupełnie przeciętna. Rodzice i dwoje dzieci mieszkają sobie w spokojnym miasteczku w zadbanym domu, a na ich podjeździe stoi rodzinny minivan. Rodzina jak każda inna? Niekoniecznie. Ukrywają oni krwawy sekret, o którego istnieniu nie wiedzą nawet wszyscy członkowie tej rodziny. Ich życie toczy się tak jak powinno, czyli monotonnie i bez zbędnych rewelacji dopóki ich córka w akcie obrony nie napada na pewnego nachalnego kolegę…

Dawno żadna książka tyle razy nie wywołała na mojej twarzy uśmiechu i nie sprawiła, że naprawdę miałam ochotę się roześmiać. „Radleyowie” zupełnie różnią się od wszystkich książek o wampirach, które miałam okazję przeczytać. Autor pokazał wampiry w całkowicie inny sposób. Czytając poczułam totalny powiew świeżości. Książka przede wszystkim nie opiera się na ostatnio bardzo popularnym wątku – dziewczyna poznaje tajemniczego chłopaka, a on okazuje się być wiadomo kim. Widać, że autor nie opierał się na żadnych określonych schematach. I wielkie dzięki panu Mattowi Haigowi za to! Podkreśla to nawet postawa jednego z bohaterów – Willa czyli ekscentrycznego wujka, który mówi:

Wampirem? Takie prowokacyjne słowo, kojarzy się tyloma banałami i powieścidłami dla nastolatek. Ale tak, obawiam się, że jestem. Stuprocentowo sprawnym wampirem.**

Postaci są bardzo różnorodne i naprawdę ciekawe. Niektóre budzą sympatię inne nie, jedne rozbawiają natomiast zadaniem drugich jest trochę poirytować czytelnika.  Wydarzenia poznajemy z wielu punktów widzenia. Akcja toczy się szybko, towarzyszą jej liczne zwroty akcji, które często są zabawne. Pojawia się dużo rozmaitych wątków tak więc czytając nie sposób się nudzić.

Bardzo spodobał mi się styl jakim posługuje się autor. Pisząc ironicznie stworzył świetną trochę groteskową i satyryczną komedię. Z tyłu okładki w krótkiej informacji o tym pisarzu jest wzmianka o tym, że napisał bestseller „The Last Family in England”, którego narratorem jest labrador. Żałuję, że ta książka nie ukazała się jeszcze w Polsce, ale gdy tylko to nastąpi, a mam nadzieję, że tak się niedługo stanie, na pewno po nią sięgnę.

Ciekawostką, o której warto wspomnieć jest również „Glosariusz abstynenta” znajdujący się na końcu książki, z którego można dowiedzieć się co oznaczają różne określenia związane z wampirami takie jak hemipnoza, PŻK, laluś czy syrkacz. Intrygująca jest również lista znanych ludzi, którzy według tej powieści byli wampirami, a na której znajdują się osoby takie jak m.in.: Homer, Bram Stoker, Jimi Hendrix i Byron :)

Podsumowując, naprawdę polecam. Ja poznając perypetie zakręconej rodzinki Radleyów bawiłam się świetnie.


*Matt Haig "Radleyowie" str. 159
**Matt Haig "Radleyowie" str. 108



____________________________________________________________________________________________________________

Dostałam się do tej mojej wymarzonej klasy! Byłam kompletnie zaskoczona tym, że miałam trzecie miejsce na liście przyjętych. :)

Tak właściwie to dostałam się do obydwu liceów, do których złożyłam podania.
Teraz przez całe wakacje będę się zastanawiać jaka klasa mi się trafi. Mam nadzieję, że poznam w niej wiele ciekawych osób.

Mariola, moje krople... - Małgorzata Gutowska-Adamczyk

Wydawnictwo: Świat Książki
Strony:
304 

Opis:
Listopad 1981. Pracownicy teatru w małym miasteczku żyją swym codziennym życiem: stoją w kolejkach, pędzą bimber, hodują świnię, drukują nielegalne ulotki celem obalenia ustroju, a w chwilach wolnych próbują sztukę, której premiera ma 12 grudnia uświetnić zakończenie manewrów Sojuz ’81. Nic dziwnego, że w tym rozgardiaszu niechcący prowokują wprowadzenie stanu wojennego.
[opis pochodzi z okładki książki]
 
Jestem osobą, z pokolenia, któremu nie przyszło spotkać się z realiami powojennej Polski. Tamtejszą rzeczywistość znam tylko z opowiadań. Wiele rzeczy, które były wtedy na porządku dziennym, takie jak wieczne stanie w kolejkach bez pewności, czy aby na pewno dany towar uda się jeszcze dostać,  budzi moje niedowierzanie. Trudno jest mi wyobrazić sobie taką sytuację, że mogłabym pójść do sklepu i nie dostać najprostszej rzeczy o jaką poproszę, na przykład  pasty do zębów! Dzisiaj to wydaje się niemożliwe, ale tak kiedyś było naprawdę. Do tego dochodzą jeszcze kartki, które są dla mnie kompletnie absurdalnym pomysłem. Aż trudno uwierzyć jak bardzo to wszystko zmieniło się w ciągu tego stosunkowo krótkiego czasu.

Właśnie taką Polskę pokazuje książka pani Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk pt. „Mariola, moje krople…”. Była to pierwsza powieść tej autorki, z jaką miałam okazję się spotkać i chociaż może jest to książka będąca niezupełnie w moim stylu, nie żałuję, że ją przeczytałam.
Przedstawia ona niecały miesiąc z życia prowincjonalnego teatru, w którym wbrew wszelkim pozorom dzieje się bardzo wiele…
Dyrektor musi znosić ciągłe wizyty pierwszego sekretarz. Młody reżyser próbuje uporać się ze zrealizowaniem dwóch przedstawień w krótkim czasie, przy czym w przypadku jednego z nich, tego które ma uświetnić zakończenie manewrów Sojuz ’81,  kilkakrotnie zmieniany zostaje tytuł sztuki. Natomiast w magazynie mieszka świnia – Małgośka, a córka bufetowej uskutecznia kolportaż ulotek.
To tylko poszczególne perypetie bohaterów, ponieważ cała książka jest nimi przepełniona. Jest to istna komedia omyłek, a całość moim zdaniem spokojnie można by zrealizować w postaci np. komediowej sztuki.

Chciałabym polecić tę książkę szczególnie tym, którym nie są obce realia tamtych czasów, a którzy pragną je sobie przez chwilę przypomnieć. Takie osoby z pewnością zrozumieją o wiele więcej śmiesznych drobnostek w niej zawartych. Nie mniej jednak jest to zabawna książka. Z kolei jeśli chodzi o osoby w moim wieku, polecam jeśli chcą wczuć się w klimat Polski z lat 80, ponieważ ta książka to umożliwia i jeszcze bardziej uzmysławia jak zmieniło się życie Polaków. Jak już wspomniałam to niezupełnie była lektura stworzona dla mnie, jednak nie żałuję spędzonego z nią czasu a być może Wam bardziej przypadnie do gustu.

Tajemnica Rajskiego Wzgórza - Elizabeth Goudge

Tytuł oryginalny: The Little White Horse
Rok wydania oryginału:
1946
Wydawnictwo: Świat Książki
Liczba stron:
224

Usłyszałam o tej książce po tym jak rok temu pojawiła się w kinach jej ekranizacja. Specjalnie mnie ona wtedy nie zachęciła do przeczytania. Jednak jedynym co mnie do niej ciągnęło było to, że wszędzie pisało iż jest to „ulubiona lektura autorki "Harry'ego Pottera"”. Przeczytałam ją dopiero jakiś miesiąc temu gdy wpadła mi w ręce podczas wizyty w bibliotece. Wzięłam z ciekawości. Przypuszczam, że gdyby nie to, że rzekomo jest to ulubiona powieść J.K. Rowling (swoją drogą ciekawe czy to prawda czy tylko taki chwyt reklamowy?) pewnie nigdy bym jej nie przeczytała i powiem szczerze nie miałabym czego żałować. Od razu powiem, że filmu nie oglądałam więc nie mogę porównać czy jest lepszy od książki.

Jej opis jest taki:
Powieść dla dzieci, pełna niezwykłych zdarzeń, ciepła i magiczna - ulubiona lektura autorki "Harry'ego Pottera"! Historia osieroconej trzynastolatki Marii, która opuszcza swój dom w Londynie, by zamieszkać z ekscentrycznym stryjem, sir Benjaminem, w tajemniczym dworze. Dziewczynka niebawem odkrywa, że jest ostatnią Księżycową Księżniczką i musi poznać tajemnicę sprzed pięciu tysięcy lat, by ocalić siebie i swoja rodzinę...

Zaczyna się w momencie gdy Marynia jedzie ze swoją opiekunką i psem do dworu stryja. Nic mnie w tym początku nie zaciekawiło, ale mówiłam sobie, że może jeszcze zacznie się coś dziać. Niekoniecznie tak się stało. Chociaż potem było już może trochę ciekawiej, bo sama historia w sumie nie jest zła. Z tym, że najgorsze było zachowanie głównej bohaterki. Mam na myśli to, że ciągle czymś się zachwycała, komentarze typu: ach, jaki ja mam piękny ten pokój, a sir Benjamin jest taki wspaniały, ale to jedzenie jest pyszne, jaki piękny ten ogród; przewijały się przez całą książkę. Ciągle zastanawiała się również czy jeszcze kiedyś zobaczy tego białego konika. A z tego wynikało, że gdyby miała go już nigdy nie ujrzeć byłaby to dla niej tragedia większa od straty rodziców. Najlepszą postacią według mnie był Robin. 
Podsumowując wszystko to było dla mnie jakieś takie mdłe. A może po prostu zbyto dziecinne?  W każdym razie jakoś dobrnęłam do końca, bo nie lubię zaczynać i nie kończyć książki (a już byłam tego bliska).
Żeby było jasne nie mówię, że jest zupełnie zła. Każdy ma prawo do własnego zdania, więc komuś innemu może się spodobać, chociaż mnie akurat do gustu nie przypadła. Ciekawi mnie  jak wypadł film. Czy jest lepszy od książki? Mimo wszystko jak już wspomniałam ta historia nawet w najmniejszym stopniu mnie nie porwała więc tak czy inaczej specjalnie nie zamierzam go oglądać, ale jeżeli kiedyś będę miała akurat taką okazję to być może obejrzę.
Copyright © 2014 sekrety książek , Blogger