Kwiaty na poddaszu - Virginia C. Andrews

Tytuł oryginału: Flowers in the Attic
Wydawnictwo: Świat Książki
Stron: 384


Czy zastanawialiście się kiedyś jakby to było być zamkniętym przez dłuższy czas w jednym pomieszczeniu? Każdy z nas przyzwyczajony jest do przestrzeni, możliwości wyjścia w każdej chwili na dwór by zaczerpnąć powietrza, by spotkać innych ludzi. Nikt z nas tego nie docenia, ponieważ mamy to na co dzień, nie musimy o to walczyć ale też nikt nie chce nam tego odebrać. 
Zupełnie inaczej sprawa ma się w przypadku bohaterów książki „Kwiaty na poddaszu”. Po utracie kochającego ojca i męża rodzina Dollangangerów nie może dalej mieszkać w swoim domu, który jest obciążony hipotecznie dlatego matka decyduje się zabrać czwórkę dzieci do swojego rodzinnego domu, gdzie mają wieść dostatnie życie. Wszystko komplikuje się w momencie, gdy oznajmia dzieciom, że najpierw musi odzyskać względy swego ojca zanim mu ich przedstawi, gdyż przed laty została wydziedziczona za poślubienie swojego wujka. Właśnie dlatego wraz z babcią pod osłoną nocy prowadzi ich do pokoju z łazienką w nieużywanej części ogromnej posiadłości. Przyrzeka, że zostaną tam bardzo krótko, jednak mimo jej obietnic mijają kolejne dni, potem tygodnie, miesiące… a oni nadal pozostają w zamknięciu. Odcięci od świata, starsi z rodzeństwa dwunastoletnia Cathy i czternastoletni Chris próbują zrozumieć to co ich spotkało, ufają swojej mamie i wiedzą, że ona robi to dla ich dobra, chociaż z czasem budzi się w nich coraz więcej wątpliwości. Muszą także opiekować się Cory’m i Carrie – pięcioletnimi bliźniętami, które nie rozumieją dlaczego nie mogą pójść do mamy ani wyjść pobawić się na dwór, a jedynym miejscem gdzie mogą pobiegać jest przeogromne ponure poddasze, którego w dodatku się boją. Jednak problemy, z którymi będą borykać się na początku okażą się niczym w porównaniu z tym co spotka ich później.
 
Historia czworga rodzeństwa poruszyła mnie do głębi. Nie pamiętam kiedy ostatnio jakaś powieść wstrząsnęła mną do tego stopnia i wywołała tyle rozmaitych uczuć i myśli. Wciągnęła mnie niemalże od pierwszej strony, sprawiła, że nie mogłam się od niej oderwać i czytałam dopóki nie skończyłam. Czytając nie byłam w stanie przewidzieć tego co może przydarzyć się bohaterom. Ich życie toczyło się w pokoju i na poddaszu, przez co jeszcze trudniej można było sobie chociażby wyobrazić co się z nimi dalej stanie. Większość rzeczy, która ich spotkała była dla mnie zupełnym zaskoczeniem, a gdy zdawało mi się, że wiem co zaraz nastąpi, zdarzenia przybierały kompletnie inny obrót. 

Autorka porusza wiele bardzo trudnych tematów, takich jak m.in. kazirodztwo i fanatyzm religijny. Mówi o nich w śmiały, zdecydowany sposób, który może budzić kontrowersje. Widać, że się ich nie boi. Całą budzącą grozę historię poznajemy z punktu widzenia Cathy, która dzieli się z nami cierpieniem swoim i swojego rodzeństwa, a także wątpliwościami, których z biegiem czasu tylko przybywa. Poznajemy jej uczucia i obawy, marzenia i nadzieje. Virginia C. Andrews świetnie wykreowała bohaterów swojej książki, wszystkich bez wyjątku. Każdy z nich ma swój odrębny, wyróżniający się charakter i w inny sposób zwraca naszą uwagę. Najbardziej jest to widoczne oczywiście w przypadku czwórki rodzeństwa: Cathy, początkującej baletnicy; Chrisa, przyszłego lekarza; małego Cory’ego, uzdolnionego muzyka i wiecznie rozgadanej Carrie, którzy obarczeni ponurą rzeczywistością, pozbawieni normalnego dzieciństwa próbują sobie radzić, ale cierpienie i problemy, jakie ich dotykają przytłoczyłyby niejednego dorosłego. Ani przez moment nie wątpimy w ich rzeczywistość, wierzymy w ich uczucia i przeżywamy wszystko razem z nimi. 

Virginia C. Andrews napisała tę powieść w 1979 roku, w Polsce została ona wydana w 1993 i pewnie gdyby wydawnictwo Świat Książki nie zdecydowało się wydać jej wznowienia, bardzo prawdopodobne, że nigdy bym się na nią nie natknęła, a co dopiero przeczytała, dlatego pragnę z całego serca temu wydawnictwu za to podziękować! Już teraz wiem, że gdy upłynie jakiś czas wrócę do „Kwiatów na poddaszu” i Dollangangerów by ponownie to wszystko razem z nimi przeżyć. Tymczasem z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy ich szokującej historii opisany w książce „Płatki na wietrze”.

A jeżeli jeszcze nie przekonałam was do lektury „Kwiatów na poddaszu”, dodam, że gdy tylko książka do mnie dotarła, porwała mi ją sprzed nosa mama, która od razu poczuła do niej przyciąganie i nie oddała dopóki nie skończyła. Długo nie musiałam czekać, ponieważ przeczytała ją w ekspresowym tempie. Teraz gdy ja już jestem po lekturze, zamierza zabrać się za nią także mój tata, ponieważ chce osobiście przekonać się co takiego w tej historii tkwi, że do tego stopnia nami zawładnęła. 

Według mnie „Kwiatki na poddaszu” w pełni zasługują na miano światowego bestsellera.

Nie jestem seryjnym mordercą - Dan Wells

Tytuł oryginału: I am not a serial killer
Seria: John Cleaver
Część: 1
Wydawnictwo: Znak Emotikon
Stron: 256

Seryjni mordercy. Żaden przeciętny człowiek nie myśli o nich zbyt często. Nie zastanawia się nad ich motywami, metodami, profilami psychologicznymi. Główny bohater a zarazem narrator książki Dana Wellsa jest inny. Gdy miał 7 lat odkrył swoją życiową pasję: seryjnych morderców. Wie na ich temat wszystko. Niemalże przez całe życie pomaga swojej mamie i cioci w ich zakładzie pogrzebowym, od kilku lat towarzyszy im nawet podczas balsamowania zwłok w kostnicy, co jest dla niego prawdziwą przyjemnością. John jest socjopatą. Nie lubi i nie chce kontaktów z innymi ludźmi, ale musi utrzymywać chociaż te podstawowe, by zachować pozory normalności. Brakuje mu empatii, nie rozumie ludzkich uczuć, dlatego ciągle musi coś udawać. Ma swoje zasady dzięki, którym zachowuje się przynajmniej w pewnym stopniu jak zwyczajny piętnastoletni chłopak, gdyby nie one do głosu doszłyby jego psychopatyczne skłonności. Jedną z rzeczy, która sprawia mu przyjemność, a której nie musi sobie odmawiać jest ogień. Uwielbia go wzniecać i obserwować jak się rozrasta, pożerając wszystko wokół siebie, by potem w jednej chwili zniknąć. Niejaki przełom w jego życiu następuje gdy do miasteczka, w którym mieszka, zawita morderca. Następujące po sobie kolejne morderstwa staną się głównym punktem zainteresowania Johna. Obsesyjnie będzie chciał dowiedzieć się kto morduje, nawet jeśli będzie to oznaczało uwolnienie swojego wewnętrznego potwora.

Nie mam wielkiego doświadczenia w temacie horrorów i ta książka naprawdę bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła. Nigdy nie miałam do czynienia z czymś podobnym. Wprost nie mogłam oderwać się od czytania. Znaczącą rolę odegrała tutaj postać Johna, która mnie w pewnym sensie zafascynowała (oczywiście tylko i wyłącznie jako postać, nie pod względem upodobań). Często w czytanych przeze mnie książkach bywa tak, że bohater na początku mówi, iż różni się od swoich rówieśników i zawsze odstaje od reszty a później okazuje się, że tak naprawdę nie wyróżnia się niczym specjalnym. Tutaj tak nie jest. John jest pod tym względem wyjątkowy. Nie ma uczuć, choć przez całe swoje życie nauczył się to całkiem nieźle ukrywać. Nikt normalny nie potrafi wyobrażać sobie śmierci bliskiej osoby, zadawanej przez niego samego. Nikt normalny nie dostaje obsesji na punkcie czyjejś osoby do tego stopnia, że potem przez tydzień musi za wszelką cenę jej unikać i nie myśleć o niej żeby nie zrobić jej czegoś złego. Podczas gdy inni martwią się i rozpaczają z powodu zamordowanych osób, on napawa się widokiem zmasakrowanych ciał i analizuje postępowanie mordercy. John nie odróżnia dobra od zła, ale obserwując ludzi nauczył się, co według zasad moralności leży, po której stronie tej granicy. Autor w ciekawy sposób przedstawił psychologiczne zawiłości umysłu głównego bohatera. Dodam również, że mnie osobiście zaintrygowały także rozmowy Johna z jego terapeutą. Oto fragment jednej z ich rozmów:
 
-To nie było zabójstwo – odpowiedziałem – tylko seryjne morderstwo.
-Jest jakaś różnica?
-Oczywiście, że jest. […] Pan jest psychologiem, musi pan to wiedzieć. Zabójstwo jest… po prostu inne. Zabójcami są na przykład pijacy albo zazdrośni mężowie; mają powody, aby coś takiego zrobić.
-Seryjni mordercy nie mają powodów?
-Powodem jest samo zabijanie – odparłem. – Seryjny morderca odczuwa w sobie głód lub pustkę, a zabijanie to zaspokaja. Nazwanie tego zabójstwem jest… pospolite. Powoduje, że brzmi tak jakoś banalnie.*

Inną rzeczą, której nie można pominąć, mówiąc o tej książce są do bólu szczegółowe i drobiazgowe opisy. To właśnie dzięki nim, z całą pewnością nie jest to książka dla każdego. Ludzie o słabych nerwach raczej nie powinni się za nią zabierać, bo opisy są naprawdę realistyczne, wręcz wstrząsające. Chociażby taki opis balsamowania zwłok – czytając, poczułam się jakbym naprawdę tam była, stała obok i obserwowała poczynania osób zajmujących się ciałem. I choć większość tych opisów do przyjemnych nie należy, pewne jest to, że pobudzają wyobraźnię, a to jest duża zaleta i coś co wyróżnia tę książkę spośród innych. Jest ona godna uwagi chociażby przez swoją oryginalność. A więc jeżeli kogoś opisy takich scen nie odrzucają – zapraszam do lektury.

W kampanii reklamowej książki „Nie jestem seryjnym mordercą” przyrównuje się ją do serialu „Dexter”. Wcześniej, owszem słyszałam o tym serialu, ale nigdy go nie oglądałam. Teraz po lekturze z ciekawości obejrzałam dwa odcinki, aby mieć jakieś porównanie. Jak zauważyłam po obejrzeniu zaledwie kilku minut pierwszego odcinka John i Dexter mają ze sobą naprawdę wiele wspólnego. Oboje są pozbawieni ludzkich uczuć i tylko starają się uchodzić za normalnych; fascynują się seryjnymi mordercami i ich „dziełami”, a swoją pasję odkryli już w dzieciństwie. Oboje są tajemniczy, mają czarne poczucie humoru i są uznawani za trochę dziwnych. Jeżeli chodzi o serial to nie wykluczam, że w wolnej chwili obejrzę kolejne odcinki, jednak co do tego, że przeczytam ciąg dalszy historii Johna pt. „Pan Potwór” nie mam nawet najmniejszych wątpliwości. A Wam gwarantuję mocne wrażenia z dreszczykiem podczas lektury "Nie jestem seryjnym mordercą".

*str. 78

Szczeniak. Jak labrador ocalił chłopca z ADHD - Liam Creed

 
Tytuł oryginału: A Puppy Called Aero
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Stron: 288


Często na widok kogoś o niespożytej energii, kogoś kto nie potrafi usiedzieć w miejscu nawet przez chwilę, mówimy w żartach „On to na pewno ma ADHD”. Lecz czy tak naprawdę zdajemy sobie sprawę czym właściwie jest ADHD? Ta choroba potrafi przysporzyć wielu kłopotów i zmartwień , na dodatek często spotyka się z niezrozumieniem i brakiem wyrozumiałości ze strony społeczeństwa, a wszystko dlatego, że jej objawy równie dobrze można przypisać wielu innym trudnym dzieciakom i nastolatkom.

Głównym bohaterem i zarazem narratorem książki, o której mowa jest Liam Creed; nastolatek, który cierpi właśnie na tę chorobę. Już od najwcześniejszych lat przysparzał swoim rodzicom niemało zmartwień. Niszczył co popadło. Był agresywny. Wdawał się w bójki. Nie miał kolegów, ponieważ wszystkich naokoło do siebie zniechęcał. Wiele osób spisało go na straty, przyklejając mu etykietkę  - trudny. Bardzo łatwo jest nazwać kogoś trudnym nie wiedząc na czym tak naprawdę polega jego problem. Jednak w wieku 8 lat zdiagnozowano u niego ADHD – zespół nadpobudliwości psychoruchowej z deficytem uwagi. Ta diagnoza spłynęła na jego rodziców jak olbrzymia fala ulgi. Wreszcie wiedzieli co jest nie tak z ich synem, dlaczego nie można nad nim zapanować. W tym przypadku słowo ‘choroba’ było swego rodzaju wybawieniem. Chłopcu przypisano leki, które pomogły w jakimś stopniu stłumić jego złe zachowania, jednak Liam nadal pozostał tym samym chłopcem, z którym nikt nie mógł sobie poradzić. Przełom w jego życiu nastąpił w momencie gdy wychowawca wysunął jego kandydaturę do udziału w filmie dokumentalnym, mającym pokazać wybraną piątkę trudnych nastolatków, pracujących w ośrodku szkolenia psów dla niepełnosprawnych. Liam w tam tym czasie zamęczał swoich rodziców błaganiami o psa dlatego ta możliwość była dla niego szansą na spełnienie swego marzenia przynajmniej w pewnym stopniu. Dodatkową atrakcją w jego mniemaniu było zdobycie lokalnej sławy i oczywiście możliwość oderwania się od szkoły raz w tygodniu za sprawą wyjazdu do ośrodka szkoleniowego Canine Partners. To jakie oczekiwania wobec tego programu miał na początku Liam doskonale świadczy o tym jaką był osobą zanim przystąpił do tego programu.

Na początku nie było mu lekko. Otaczające kamery z pewnością nie są czymś co dodaje człowiekowi śmiałości i pewności siebie, a Liam wbrew pozorom był bardzo nieśmiałą osobą w kontaktach z obcymi. Jego linię obrony stanowiło zazwyczaj wulgarne i lekceważące zachowanie. Jedynym co mu się spodobało podczas pierwszego dnia w Canine Partners był pies, który został mu przypisany do szkolenia. Młody, bardzo energiczny i żywiołowy Labrador Retriever o imieniu Aero. Chociaż na początku Liam nie bardzo wiedział jak się z nim obchodzić, od razu poczuł, że mają ze sobą wiele wspólnego i że na pewno się ze sobą zaprzyjaźnią. Tak właśnie się stało. Aero odmienił całe jego życie, sprawił, że stało się lepsze. Pod jego wpływem chłopak zmienił się nie do poznania.

Podobno każdy chory na ADHD ma swój ‘efekt och’, który sprawia, że chory potrafi się na czymś skupić, bezinteresownie się czemuś oddać. W przypadku Liama były to dzieci i oczywiście psy. Gdy jego siostra była mała chętnie się nią zajmował, bez najmniejszego skrzywienia przewijał ją, a był przy tym tak czuły i cierpliwy, że jego mama nie mogła wyjść z podziwu. Dokładnie tak samo było z psami. Gdy na co dzień nie grzeszył cierpliwością, dla swojego przyjaciela Aero miał jej pod dostatkiem. Nie zrażały go niepowodzenia, był za to bardzo dumny z siebie i psa kiedy coś im się udawało. Nic więc dziwnego, że wkrótce stało się to najważniejszym punktem w jego życiu i niecierpliwie czekał na każdy dzień w ośrodku.

„Dla normalnego człowieka zabrzmi to jak totalny odpał, no ale Aero był moim najlepszym kumplem i zarazem punktem odniesienia. W końcu my też jesteśmy zwierzętami: może porozumiewamy się w sposób odrobinę bardziej wyszukany, ale w gruncie rzeczy nie różni się on szczególnie od mowy psów. One są co najwyżej bardziej pewne siebie i nie dzielą włosa na czworo – to tacy ludzie, tylko mniej skomplikowani. I bardziej owłosieni.”*

Największą zaletą tej książki jest fakt, iż wszystkie wydarzenia poznajemy z punktu widzenia osoby będącej cały czas w centrum uwagi czyli Liama. Autor przysługuje się prostym językiem, typowym dla 17, 18-latka. Z częstych wtrąceń w jego wypowiedziach łatwo wywnioskować, że mamy do czynienia z osobą bardzo pobudzoną. Dzięki temu łatwo można się wczuć w jego sytuację. Przypuszczam, że gdyby opowiadał o tym jakiś postronny obserwator cała ta historia nie była by aż tak interesująca. Z przyjemnością i uśmiechem na ustach czyta się o życiowych perypetiach, rozterkach i drodze do dorosłości głównego bohatera.  Życie Liama obfituje w wiele słodko-gorzkich chwil, ale bezcenne są przede wszystkim jego bezpośrednie, często bardzo zabawne komentarze do wielu tego typu sytuacji.

„Przewodzimy stawce? Chyba oślej ławce. Na myśl, że ktoś mógł uważać mnie za mistrza, uśmiechnąłem się rozanielony. To był najlepszy moment, żeby dać się sfilmować, ale kiedy tylko przeżywałem coś niebywałego, ludzie od produkcji byli na kawie albo przerwie obiadowej.”**

Książkę z całego serca polecam, jest to naprawdę ciepła i miła opowieść o tym jak pies potrafi odmienić życie człowieka. Jednak polecam ją nie tylko miłośnikom zwierząt, może się spodobać każdemu. Zainteresuje ona także z pewnością osoby, interesują się psychologią. Mimo iż, jestem wielbicielką psów w przypadku tej książki do jej przeczytania bardziej skłoniła mnie chęć poznania ADHD od drugiej strony. Nie zawiodłam się.
 

*str.191
*str. 224
Copyright © 2014 sekrety książek , Blogger